Berlin, Hanower, Bazylea
Zmieniony ( 04.10.2009. )
 
Napisany przez Maciej Raniszewski, z 16-09-2009 20:49
Średnia ocena użytkownika    (0 głos)
Odsłony 1622    
Ulubione 1

Zamierzałem dojechać do Lazurowego Wybreża. Cóż... nie udało się. Ale Bazylea to nieźle jak na początek.

Trasa nie została z góry zaplanowała, a ostateczny jej kształt był jak na obrazku poniżej.

Trasa.

Przedstawiam wyrywki z mojego dziennika oraz zdjęcia.

DZIEŃ 2 – 25 lipiec 2009r.

Siedzę pod namiotem niedaleko miejscowości Schwedt, Niemcy. Uważnie nasłuchuję co się wokół mnie dzieje, gdyż mimo godziny dwudziestej oraz brzydkiej pogody ciągle obawiam się wizyty leśniczego.

Uroki spania na dziko.

Ale jak to wszystko się zaczęło? Sama koncepcja zakwitła w mojej głowie pod koniec czerwca. Miałem rower, czekałem na prawie sześćset złotych, więc pomyślałem, że tegoroczne wakacje będą niezapomniane.

Od samego początku były kłopoty.

Kolega, z którym miałem pojechać, zrezygnował. Nie podobała mu się wizja, jego zdaniem bezcelowego, wysiłku fizycznego. A sadełko rośnie :P. Zresztą gdyby wyruszył w podróż, mógłby stracić źródło dochodów.

Początkowo koniecznie chciałem jechać z kimś. Przewidując możliwość rezygnacji kolegi, szukałem towarzyszy przez internet (w ten sposób znalazłem tę witrynę).

Cóż, nie udało się. Postanowiłem zaryzykować wyprawę samotną.

Kupiłem niezbędny sprzęt. Po namiot musiałem jechać do Szczecina. Czekałem jeszcze na ostateczną decyzję kolegi, wskutek czego wyruszyłem dość późno – o godzinie piętnastej trzydzieści.

Namiot kupiłem zgodnie z planem. Pojechałem na prawobrzeże, aby stamtąd odbić w stronę Gryfina.

Wszystko ładnie wyszło poza jednym małym szczegółem. Zmylił mnie znak i wjechałem na autostradę do Kołobaskowa. Na szczęcie po jakichś stu metrach znalazłem dość łatwe wejście w las, z którego, bez namysłu, skorzystałem.

Słońce chyliło się już ku zachodowi. Trzeba było szybko znaleźć się w namiocie (nie miałem baterii do latarki, a po ciemku w lesie raczej niewiele widać).

Otworzyłem opakowanie, wyjąłem części i zacząłem dumać jak taką konstrukcję postawić?

Po wewnętrznej stronie opakowania wszyto instrukcję – serię obrazków, z której niby miałem wywnioskować co należy zrobić. Postanowiłem popróbować jaka część do jakiej pasuje. Komiks instrukcyjny też okazał się być pomocny.

Namiot stanął, kiedy jeszcze ostatnie promienie Słońca przecinały las.

Następnego dnia wyruszyłem o szóstej rano. Postanowiłem nie wracać, lecz iść przez las. Wypatrzyłem jakąś ścieżkę, która później rozwinęła się w całkiem przyjemną drogę asfaltową. Trochę popękaną i wyboistą, ale przynajmniej miałem nadzieję, iż wydostanę się z lasu.

Ścieżka doprowadziła mnie do drogi przechodzącej pod autostradą. W ten sposób dojechałem do Gryfina, gdzie zrobiłem małe zakupy.

Około godziny jedenastej trzydzieści byłem już Gratz. Popełniłem wtedy straszny błąd – skręciłem na Casekow. Około piętnastej ponownie byłem w Gratz, co trochę mnie załamało. Ba, “trochę” to za mało napisane.

Myślałem nawet o powrocie do Szczecina. Jednak jakaś część mnie pytała “tak łatwo się poddajesz?” I dalej przekonywała “co z tego, że straciłeś trzy godziny? Nie myśl o tym, nadrobisz to”.

Po krótkiej konwersacji z samym sobą stwierdziłem, że nie można tak szybko rezygnować. Że dojadę przynajmniej do Berlina. Że jeśli teraz wrócę, to będę żałował kolejnych zmarnowanych wakacji.

Postanowiłem nocować nieopodal miejscowości Schwedt.

DZIEŃ 3 – 26 lipiec 2009r,

Pobudka o siódmej rano. Schwedt minąłem dość szybko. Miałem kłopoty z dotarciem do Angermunde. Ale udało się. Angermunde to większa miejscowość. Mają tam Lidla. Niestety była niedziela. W krajach zachodnich ściśle przestrzega się zakazu handlu w siódmym dniu tygodnia. Wszystkie market są w niedzielę zamknięte. Funkcjonują jedynie mniejsze sklepy oraz bary czy inne puby. Niestety miałem tylko osiemdziesiąt euro, zatem zakupy w takich sklepach dały mi nieźle po kieszeni.

Dla porównania: pół kilo chleba tostowego białego można kupić w niemieckim Lidlu po 0,45 euro. Podczas gdy za chleb kupiony w małym sklepie z pieczywem musiałem zapłacić aż 2,50 euro.

Półtora litra napoju koszuje w markecie (nieważne czy to Lidl, Netto, Penny, Tegut, Edka) 0,29 euro. Na stacji benzynowej – ponad 1 euro.

Ale cóż... Przynajmniej tiry nie będę jeździć (w niedzielę obowiązuje zakaz prowadzenia samochodu ciężarowego na drogach publicznych).

Około godziny czternastej dojechałem do Eberswalde. Pozwiedzałem, ponakładałem spadający łańcuch (raz) i zaszyłem się w las z niecnym zamiarem noclegu na dziko.

Aha... Jadąc do Eberswalde, usiałem na chwilę zjechać z drogi, by zaspokoić potrzeby fizjologiczne. Wtedy odkryłem pokaźne złoża grochu. Niestety tylko dwa stromki były dobre.

Od samego początku ciążył mi plecak, który dźwigałem na plecach. Tego dnia, po wieczór wymyśliłem co mogę zrobić. Rozwiązanie było tak proste, że aż głowa boli. Po prostu postanowiłem przywiązywać plecach do bagażnika (za ramiączka).

O tym wyjeździe myślałem, że to będzie wolność. Wolność za cudze pieniądze. Jednak nie jest tak do końca. Wystarczy, że coś się zepsuje w rowerze bądź namiocie i będę miał przechlapane. Nie mam pieniędzy na naprawę.

DZIEŃ 5 – 28 lipiec 2009r.

Siedzę w Berlinie od wczoraj. Do stolicy Niemiec dojechałem około godziny czternastej. Plecak zamontowany na rowerze nieco pomógł, lecz nadal czuje się masakryczne obciążenie. Zazwyczaj nie mogłem wyciągnąć rewelacyjnych prędkości. Niektóre odcinki pod górkę (i pod wiatr!) były niewiarygodnie ciężkie.

Sam Berlin niezły jest. Jeździ tu wielu rowerzystów. Ścieżki dla rowerów są dwupasmowe i za jazdę pod prąd grozi mandat.

Postanowiłem trochę pozwiedzać miasto na pieszo. Rower przypiąłem do słupa. Zabrałem tylko plecak z najcenniejszymi rzeczami. Namiot oraz torbę z ubraniami, prowiantem oraz płynami zostawiłem na bagażniku. Nie mogłem dźwigać tego ze sobą.

Wiem, że takie postępowanie jest nieco ryzykowne, ale przez całą podróż nikt nie okradł mnie nawet z jednego eurocenta.

Czasem nocą zostawiałem nawet rower luzem obok namiotu. Jednakowoż mój rower ma naklejkę zabezpieczającą przed kradzieżą. Przedstawia ona polską flagę z napisem “made in Poland”.

Około siedemnastej pomyślałem, że czas już kończyć zwiedzanie Berlina. Dobrze by było znaleźć jakieś schronienie na noc. Niestety wyjechanie z tego miasta jest nieco kłopotliwe. I nie chodzi tu o korki, których obecność nie jest odczuwalna na dwóch kółkach. Raczej o odległości.

W dodatku nadwyrężyłem prawe kolano i czułem ból przy każdorazowym naciśnięciu pedałów.

W końcu udało mi się wjechać w las. Jakkolwiek po dokładniejszym zbadaniu otoczenia, nie byłem pewien czy to las, czy bardzo duży park. Jezioro, mnóstwo ludzi chodzących, biegających, jeżdżących na rowerach, wyprowadzających psa na spacer.

Dochodziła dziewiętnasta. Nie miałem ochoty na dalszą podróż. Postanowiłem znaleźć jakąś gęstwinę, w której byłbym możliwie jak najmniej widoczny.

Wjechałem w co bardziej ustronną ścieżkę, minąłem golasa na rowerze i w lewo – do bardzo wąziutkiego przejścia. W ten sposób byłem tak ukryty, że mało kto mógł mnie zobaczyć.

Zwlekałem z rozbiciem namiotu do samego zmroku. Czułem się trochę jak przestępca. W pewnej chwili do drzewa, obok którego siedziałem, podszedł jakiś tubylec – broda, nagi tors, spodenki w narodowych barwach, uśmiech. Coś powiedział. Ja na to: “Ich spreche nicht deutch”. Ha! Trzy lata niemieckiego w ogólniaku nie poszły na marne! Wtedy on, chyba po angielsku, mówił coś o ukrywaniu się. Może przejżał moje niecne zamiary? W każdym bądź razie ja tylko przytakiwałem. To najlepsza odpowiedź w takich sytuacjach.

Jego uśmiech wkrótce zniknął za krzakami i zostałem sam na sam z zachodem Słońca.

Muszę przyznać, iż tubylcy tego miasta wyglądali raczej na przyjaznych. Można tu spotkać bardzo różnorodnych ludzi. W jednym dniu widziałem czarnych, żółtych, młuzumankę okrytą od stóp do głów czernią, jakąś podstarzałą wielbicielkę gotyckich klimatów ubraną w bardzo obcisłe spodnie czy rajstopy ciemno szare w czarne centki i buty typowo gotyckie – długa cholewka, koturn.

Postanowiłem, że jeśli zostanę tu jeszcze jeden dzień, to pamiętać: boczna ścieżka numer pięć, za golasem w lewo.

DZIEŃ 6 – 29 lipiec 2009r.

Jak jest pod namiotem? Zależy kiedy. Najgorzej rano – straszny mróz. Koszula, bluzka i letnia kurtka to za mało. Jeszcze owijam się kocem. Przy autostradzie też nie za fajnie.

W dodatku ta wilgoć. Chyba wszystkie moje ubrania są mokre. Trudno się dziwić. Przez cały dzień trzymam je w torbie, a namiot rozbijam dopiero w godzinach wieczornych.

Mam wiele strupów na nogach powstałych przez rozdrapywanie bąbli po ukąszeniach komarów. Te małe s... są nad wyraz upierdliwe. Odnotowałem także kleszcza.

Mam też problemy z ustami. Wysychają i pękają mimo częstego spożywania napojów.

A z moim rowerem to jest tak, że gdy coś zapiszczy, nie wiem czy to ptaszek, czy mój jednośladowiec.

Kupiłem go za dwieście czterdzieści złotych w Realu. Wymieniłem w nim tylko korbę, dętkę dwa razy i wstawiłem nowe szczotki hamulcowe z przodu, bo jedna wypadła.

Po sześciuset kilometrach jeszcze się nie rozpadł.

Wracając do podróży... Nie siedziałem w Berlinie. Postanowiłem jechać dalej na zachód. Do wujka, który mieszka niedaleko Hannoveru.

Pod wieczór znalazłem ustronne miejsce niedaleko Magdeburga. Tym razem na polu. Ciekawe to biwakowanie na dziko – nigdy nie wiesz gdzie ci przyjdzie spać.

Pole, świerszcze, setki koników polnych. Z jednej strony widać wieżę kościelną, a z drugiej wiatraki oraz zachód Słońca. Od czasu do czasu można usłyszeć potężny szum przejeżdżającego w pobliżu pociągu. Wiem, że miejsce przy torach może nie należy do najdogodniejszych, lecz byłem już zmęczony.

Droga z Berlina do Magdeburga jest dość łatwa do pokonania. Jedyne co człowieka wkurza i męczy to te ciągnące się w nieskończoność idealnie proste i płaskie drogi wśród pól. Nie dość że nudne, to jeszcze Słoneczno miało mnie jak na widelcu. Oj, duża część kasy poszła na picie.

DZIEŃ 7 – 30 lipiec 2009r.

Silny wiatr z zachodu pokrzyżował moje szyki. Miałem się znaleźć pod Hannoverem, a nocuję niedaleko Branszwik.

DZIEŃ 9 – 1 sierpień 2009r.

Od wczoraj siedzę u wujka. Wreszcie kąpiel, normalne jedzenie i noc spędzona w łóżku. Cudownie! Zaczynam wyglądać jak człowiek.

DZIEŃ 11 – 3 sierpień 2009r.

Jadę dalej. Dostałem od wujka nową oponę oraz prowiant i picie na drogę. Postanowiłem brnąć na południe. Cały czas na południe. Prosto na Alpy.

Przypomniało mi się coś a propos plastikowych butelek. Pewnego razu w Berlinie zauważyłem, że ludzie przynoszą do marketu opróżnione plastikowe butelki. Szybko zrozumiałem dlaczego.

Otóż ujrzałem jak jakiś pan wkładał ów butelkę do specjalnego automatu, który wypluwał w zamian świstek papieru. Gdy zrobiłem to samo, mogłem zobaczyć co ten świstek papieru oferuje – to bon na dwadzieścia pięć eurocentów. Należy go pokazać w kasie.

Gdy kupujesz napój w plastikowej butelce naliczają ci dwadzieścia pięć eurocentów. Tę dodatkową opłatę nazywają “pfand”.

W ten sposób na terenie Niemiec byłem zmuszony wozić ze sobą puste plastikowe butelki. Nie mogłem sobie pozwolić na wyrzucenie do kosza ćwiartki euro.

DZIEŃ 13 – 5 sierpień 2009r.

Dziś zwątpiłem, iż dotrę do celu. Jeszcze szmat drogi, a czasu i pieniędzy coraz mniej. W dodatku ten upał. Próbowałem rano narzucić przyzwoite tempo, lecz nie mogłem. Opadłem z sił. Byłem załamany.

“Co teraz?” – myslałem – “Na co to wszystko, skoro nie jestem w stanie dotrzeć do najciekawszych miejsc?” Wtedy zatrzymałem się, zdjąłem koszulę i zacząłem jechać spokojnie przed siebie. Bezchmurne niebo, przyroda tętniąca życiem, lasy, pola...

Pomyślałem: “To twoje wakacje, Maciek. Wyluzyj. Nie śpiesz się. Przestań liczyć kilometry i nie patrz ile ci jeszcze zostało. Nie przemęczaj się, trzymaj się szlaku. Nic tylko jedź, gdzie pokażą strzałki. To proste. Jadę spokojnie za strzałkami. Kwiatki, pszczółki, strzałki, świerszczyki, dziki... Problemy pozostawiłem daleko w tyle. Nic tylko ja i trasa. I ten kombajn, który mnie zaraz rozjedzie”.

Taki oto narzuciwszy sobie tok myślenia, i ominąwszy kombajn, dotarłem pod Frankfurt am Main.

DZIEŃ 14 – 6 sierpień 2009r.

Zwiedzałem Frankfurt am Main. Miejsce do spania znalazłem pod Darmstadt.

Tak się ukryłem, że nikt mnie nigdy nie znajdzie. Jest spokój, cisza i równy teren – idealne miejsce. Spokój, cisza... Od czasu do czasu przeleci nad głową jaki Boeing.

DZIEŃ 16 – 8 sierpień 2009r.

Tego dnia byłem już we Francji. Na szczęście nie mają w tym kraju żadnych “pfand”, więc spokojnie mogłem wyrzucać puste plastikowe butelki do śmieci.

Napiszę jeszcze o jednej sprawie.

Niepomiernie mnie zdziwiła obecność publicznej darmowej toalety w drodze z Karlsrule do Rastatt.

I to nie żadnego toi-toia, tylko normalnego wc z bierzącą ciepłą wodą w zlewozmywaku i papierem toaletowym w kabinie! Na wszelki wypadek, po załatwieniu potrzeby, szybko się stamtąd zmyłem.

DZIEŃ 17 – 9 sierpień 2009r.

Do południa zdążyłem zwiedzić Strasbourg i ruszyć w stronę Lyon.

Jadąc w stronę Schimerck, zobaczyłem przed sobą góry. Było ciężko, ale ładne widoki rekompensowały włożony na pedałowanie wysiłek.

O osiemnastej dwadzieścia byłem już pod namiotem. Wymęczyły mnie góry oraz zakaz handlu w niedzielę.

DZIEŃ 18 – 10 sierpień 2009r.

Nocą przeszły burze. Błyski i grzmoty odnotowałem około wpół do pierwszej. Trwały do samego rana. Około trzeciej spadł deszcz.

W Intermarche kupiłem wreszcie coś do jedzenia i picia. Zauważyłem, że można tam tanio nabyć dętkę – po 3,40 euro. Zestaw do klejenia dętek kosztował 4,50 euro.

Wydostanie się z gór nie było proste. Postanowiłem zatrzymać się tam na dłużej.

DZIEŃ 19 – 11 sierpień 2009r.

Trudna droga i brak ścieżek rowerowych zmusiły mnie do odwrotu. Nie mogłem przedostać się ani na zachód, ani na południe. Wszędzie góry.

Pogodziłem się z myślą, że nie zobaczę Lazurowego Wybrzeża, lecz wracając chciałem jeszcze zahaczyć o Nadrenię. Myślałem też o krótkiej wizycie w Brukseli.

 


DZIEŃ 20 – 12 sierpień 2009r.

Tego dnia nocowałem pod Palatynatem. Byłem już blisko Nadrenii, ale otrzymałem od mamy smsa z dziesiątego sierpnia. Sms informował, że wzdłuż Renu biegnie dolina, którą można przedostać się do Mulhouse. Następnie należy skręcić na zachód w stronę Beanue. Przejechać pod Dijonem i skręcić na południe do Lyon.

Z Lyon do Lazurowego Wybrzeża jest już rzut beretem.

Żałowałem, że zawróciłem. Było już za późno na nadrobienie zaległości. Aczkolwiek postanowiłem sprawdzić tę dolinę Renu. Dzięki temu przynajmniej następnym razem wiedziałbym jak jechać.

DZIEŃ 22 – 14 sierpień 2009r.

Wczoraj ponownie dotarłem do Strasbourga. Dziś znalazłem wspaniały szlak prowadzący z tego miasta wzdłuż Renu.

Trzeci raz przebiłem dętkę. Dalszą drogę pokonywałem na łatanej. Słabo trzyma powietrze. Co jakiś czas trzeba dopompowywać.

DZIEŃ 23 – 15 sierpień 2009r.

We Francji jest jakieś święto. Markety nieczynne. Otwarte są tylko mniejsze sklepiki z drogą żywnością i piciem. Na jeden posiłek wydałem aż 2,35 euro. Półtora litra wody nabyłem za 1,30 euro.

Wydałem zatem 3,65 euro już na samym początku dnia. A jeszcze trzeba pomyśleć o niedzieli, kiedy to też żaden market nie będzie czynny!

Nie mogłem sobie pozwolić na tak wysokie koszty. Musiałem wracać do Niemiec i zrobić zapasy na jutro.

Szkoda, bo dojechałem do Mulhouse. Powrót do kraju October Fest oznaczał jakieś czterdzieści kilometrów w plecy.

Rower coraz bardziej był zardzewiały. Opony prawie łyse, hamulce nawalają. Jedna dętka zaklejana i co jakiś czas trzeba pompować.

Ciągle te bezkresne pola kukurydzy widzę. Robiły mi apetyt. Postanowiłem spróbować jedną. Nie smakowała tak jak myślałem. Może była niedojrzała?

Strasznie gorąco. Pociłem się od samego siedzenia na Słońcu.

Jechałem bez koszuli, przez St. Louis do Bazylei.

Do Szwajcarii wjechałem bez paszportu. Na granicy co prawda można zobaczyć straż, ale tylko siedzą w budce i nie kontrolują. Szlabanów nie ma.

Z Bazylei skręciłem na Niemcy. Tam sklepy były normalnie otwarte. Mogłem w końcu zrobić zakupy w markecie.

Dochodziło późne popołudnie, więc postanowiłem szukać miejsca do spania.

Sprawa nie była łatwa. Miejscowości w pobliżu Bazylei są bardzo stłoczone – jedna się kończy i od razu zaczyna się druga. Żadnych lasów. Trochę pól, ale zbyt małych i na wzgórzach.

Musiałem jechać dziesięć kilometrów, aby znaleźć dobre miejsce. A trzeba zaznaczyć, że byłem, już bardzo zmęczony.

DZIEŃ 24 – 16 sierpień 2009r.

Mają, tu w Bazylei, miejsca do kąpieli w Renie. Wąski tor. Do wody schodzi się po drabinie (tak jak na basenie) lub po pochyłości. Chyba nie ma prawdziwych plaż. Jedyna plaża jaką widziałem była kamienista. Poza tym leżało tu trochę petów i innych śmieci. W rzece płynął foliowy worek.

Sama woda niezbyt ciepła. Ale gdy już wszedłem, to myślałem, że zostanę w niej cały dzień. Wreszcie, po iluś dniach zażyłem kąpieli. Poza tym była to ucieczka przed Słońcem, a trzeba zaznaczyć, iż ten dzień był taki sam jak poprzednie – słoneczny, trzydzieści sześć stopni.

Po pewnym czasie wyszedłem z rzeki i szybko wyschnąłem. Nieopodal znajdowała się polana, na której można było spocząć. Tak też zrobiłem. Usiadłem, pojadłem, popiłem, pogapiłem się na miasto oraz dodałem kolejny wpis do dziennika.

Myślałem ciągle o Lyon i Lazurowym Wybrzeżu. Byłem już tak blisko! A jednak nie mogłem. Za mało czasu, za mało pieniędzy, niepewny sprzęt. Gdybym odjechał za daleko, to mógłbym mieć poważne problemy z powrotem.

Tak, poddałem się. Trzeba to otwarcie przyznać. Ostatecznie dobiło mnie to wczorajsze święto we Francji. Gdyby nie ono, nie musiałbym wracać do Niemiec. Zresztą popełniłem szereg błędów.

Przede wszystkim zbyt dużo błądziłem. Gdybym miał ze sobą mapy państw, przez które zamierzałem jechać i chociażby kompas, to byłbym w o wiele lepszej sytuacji. Posiadałem tylko atlas samochodowy z lat osiemdziesiątych.

Poza tym wielkim błędem była niewiedza o ukształtowaniu terenu. W sumie z atlasu powinienem był wywnioskować, że nie należy jechać przez Schimerck, ale pomyślałem, że jakoś to będzie.

I to kolejny błąd! W górach nie mogłem znaleźć szlaków rowerowych. Ścieżki prowadzone przez las prawie nie nadawały się do jazdy (usypane kamieniami o średnicy dwa centymetry). Nie dosyć, że musiałem iść pod górkę, to jeszcze musiałem schodzić w górki, gdyż nachylenie było tak duże, że nie wyhamowałbym.

Poza tym mogłem nie jechać przez Hanower. Co prawda nie odwiedziłbym wtedy wujka, ale zaoszczędziłbym ponad dwieście kilometrów.

Za późno, by nadrobić stracone kilometry.

Niedziela, kolejny upalny dzień. Miałem ochotę tylko siedzieć na trawie i nic nie robić.

De facto ciągle posiadałem mnóstwo możliwości. Mogłem pokręcić się po Bazylei, a nawet pojechać do Zurychu.

Wybrałem jednak przejażdżkę do St. Louis. Chciałem zrobić kilka zdjęć samolotów. Ruszyłem więc.

Po drodze kupiłem picie.

Okazało się, że znalezienie lotniska to nie taka prosta sprawa. W tym upale i z koniecznoscią pompowania dętki co dwadzieścia minut poddałem się.

Niedaleko St. Louis znalazłem schronienie w lesie. Rozbiłem namiot już około godziny piętnastej.

Zostało mi nieco ponad trzydzieści euro i trzydzieści złotych. To znak, że czas wracać.

DZIEŃ 31 - 23 sierpień 2009r.

Tego dnia nie mogłem spać (strasznie pochyły teren wybrałem). Obudziłem się około wpół do pierwszej. Około drugiej podjąłem decyzję, iż nie będę czekał do rana.

Świecąc sobie komórką (w latarce brakowało baterii) spakowałem się i wyszedłem z lasu na drogę R1.

Samo wyjście zajęło mi sporo czasu. Wynosiłem rzeczy po kolei. Jednak w nocy trudno znaleźć właściwą drogę między drzewami. Nawet jeśli wiedziałem, że reszta moich rzeczy leżała kilkanaście metrów przede mną, to idąc cały czas prosto, gubiłem się w jakichś chaszczach.

Jednak nie czułem zbyt dużego niepokoju. Wiedziałem, że nawet jeśli nie zdołam znaleźć drogi, to prędzej czy później wzejdzie Słońce i pokaże mi ją.

Jakoś opuściłem las przed świtem.

Żałowałem, że nie kupiłem kabelków do rowerowych światełek (miałem zniszczone okablowanie wskutek przeciskania się przez krzaki lub wymiany dętki).

Jazda po omacku jest całkiem zabawna, ale niezbyt bezpieczna. Czasem nawierzchnia była biała, więc ją widziałem. Najgorsza była jazda wśród drzew – wtedy wzrok prawie w ogóle się nie przydawał.

Znaki szlaku R1 umieszczane są na tabliczkach określonych rozmiarów i kształtów. Toteż nie miałem problemów z zobaczeniem ich. Wystarczyło zatrzymać się i poświecić komórką, aby poznać kierunek dalszej jazdy.

Tej nocy nigdy nie zapomnę. Ciemność, aura tajemniczości, światła miejscowości rozpływały się we mgle, a ja samotnie podróżowałem przez nieznane.

Nie wiem czy to za sprawą południowego klimatu, czy tego, że akurat trwał środek sierpnia, ale przez kilka czy nawet kilkanaście ostatnich nocy nie było zbyt zimno.

W bluzce i letniej kurtce dało się wytrzymać.

DZIEŃ 35 - 27 sierpień 2009r.

Kilka dni temu dojechałem do wujka i odpocząłem u niego trochę.

Muszę przyznać, że w trakcie drogi powrotnej z Bazylei zacząłem marzyć o czymś zupełnie przyziemnym. O czymś, co przed podróżą było dla mnie łatwo osiągalne i wydawało się zupełnie naturalne, że to posiadam.

O możliwości spania w łóżku, o normalnym obiedzie, o dostępie do wanny bądź prysznica, o upraniu brudnych gaci.

U wujka w końcu mogłem spełnić te wszystkie marzenia i tego dnia ruszyłem w dalszą drogę powrotną.

Niebawem po raz trzeci przejadę przez stolicę Niemiec. Dalej pojadę wzdłuż Odry, aby przekroczyć granicę w okolicy Cedyni i dojechać do Chojny.

DZIEŃ 39 - 31 sierpień 2009r.

Około drugiej w nocy usłyszałem, że wokół mojego namiotu kręci się stado zwierząt.

Niskie, basowe głosy i głośne sapanie znamionowały obecność dużego cielska. Dziki. Cóż innego?

Podniosłem się przerażony. Nie wiedziałem co robić. Czytałem o atakach dzików na ludzi, ale nie wiedziałem jak się zachować w takiej sytuacji.

Postanowiłem siedzieć spokojnie i czekać na rozwój wydarzeń. Wolałem nie wychodzić, gdyż wtedy zwierzyna może się wystraszyć i zaatakować. Acz na wszelki wypadek założyłem buty (żeby móc szybko uciec).

Dziki nie wykonały żadnego złowieszczego ruchu. Położyłem się więc i zasnąłem.

Gdy świtało, usłyszałem ich ponownie. Tym razem biegły w przeciwnym kierunku. Byłem pewien, że pośpiesznie wracają do lasu i nie trzeba się bać.

W Chojnie musiałem zaczekać na pociąg do Szczecina Głównego.

To już koniec mojej wakacyjnej podróży.

Jadąc do Niemiec przez Gryfino przeczytałem na jednym z murów napis “Polska – ojczyzna wszystkich Polaków”. A jednak cieszyłem się, że na jakiś czas opuszczam ten kraj i nie odczuwam jakoś wielkiej radości z powrotu.. Jednak z drugiej strony: tu jest mój dom. Koniec ze spaniem pod namiotem, marznięciem nad ranem, kleszczami, i innymi dzikami. Witaj uczelnio!

Fotki:

Kościół w Berlinie 

Hanower

Hanower

Hanower 

Porta Westfalica

Kassel

Frankfurt

Frankfurt

Góry

Góry

Bazylea

wschód

gdzieś w drodze

konik polny

chrząszcz

jaszczurka

Całkowita długość trasy (w dwie strony): około 2600 km.

Wyposażenie: niebieski rower, namiot trzyosobowy, latarka bez baterii, atlas samochodowy Europy z lat osiemdziesiątych, odzież potrzebna i zbędna, koc, ipod, komórka, pianka do włosów, szampon, mydło, szczoteczka do zębów, pasta.

Ilość pieniędzy na starcie: 80 EURO i 30 PLN.

Ilość pieniędzy po powrocie: 5 PLN.

 

 

 

 

 

 

Poleć znajomemu ten artykuł...


Opublikowane w : Wyprawy, wycieczki, Europa Zachodnia
Cytuj ten artykuł na swojej stronie Ulubione Drukuj Podobne artykuły

Komentarze użytkowników (3) RSS feed komentarz
Wystawiony przez Lila, z 14-10-2009 22:18, , Zarejestrowany
1. Zapał to podstawa:)
Witam. Dzieki za relację. Jest późno więc z ciekawością doczytam jutroj. Jedno jest pewne... przygotowanie to podstawa. Ale przygoda i upór też ważne:))) Pozdrawiam i do zobaczenia... na szlaku:) :)
 
» Poinformuj administratora o tym komentarzu
» Odpowiedz na komentarz...
» Zobacz wszystkie 1 odpowiedzi

Wystawiony przez kacper, z 12-12-2009 09:30, , Zarejestrowany
2. super opisana wyprawa
i można napisać że inspirująca. też planuję podobną z południa polski nad nasze morze i również sam. podziwiam i zazdroszczę przeżyć :)
 
» Poinformuj administratora o tym komentarzu
» Odpowiedz na komentarz...

Wystawiony przez Roman, z 14-12-2009 20:01, , Zarejestrowany
3. Grunt to dobry pomysł na wakacje :)
Czytałem tę relacje z dużym rozbawieniem a na jej koncu to prawie spadlem z krzesła gdy autor opisywał sprzet jaki zabrał na wyprawę: niebieski rower z marketu, troche rzeczy potrzebnych i zbednych, latarka bez batrerii :grin. Jakze to kontrastuje z czesto opisywanymi drogimi rowerami, mnóstwem markowego, niemal niezawodnego osprzetu. I co najlepsze przeżył ciekawą przygode, wrócił cały do domu i jeszcze mu zostało w kieszeni 5 zł na loda. Nie twierdzę, ze nalezy we wszystkim nasladować autora ale na pewno pogratulowac mu trzeba entuzjazmu i hartu ducha. Byc moze w przyszłym sezonie przeczytam kolejną relacją z równie ciekawego wyjazdu i trzymam kciuki za powodzenie kolejnych wypraw.
 
» Poinformuj administratora o tym komentarzu
» Odpowiedz na komentarz...

Dodaj swój komentarz



mXcomment 1.0.7.::.Polish Version - JoomlaPL.com Team © 2007-2010 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved