leer
Erfurt live Header1
Erfurt live Header8
Home arrow Wyprawy rowerzystów arrow Europa Północna arrow Rometem do Norwegii
Erfurt live Header10 Erfurt live leer0

Rometem do Norwegii PDF Drukuj Email
Zmieniony ( 28.12.2009. )
 
Napisany przez Jan, z 25-12-2009 15:43
Średnia ocena użytkownika    (0 głos)
Odsłony 1702    
Ulubione Brak

Image

            Przez Niemcy , Danię do norweskich fiordów                    

 

  Decyzja o wyjeżdzie do Norwegii zapadła w maju. Żona po obejrzeniu zdjęć z wypraw do Norwegii... zrezygnowała. Pojechałem więc z synem. Było trochę kłopotów z zakupem map ,wymieniliśmy napędy i opony w obu rowerach, kupiłem zapas jedzenia, gaz, korony duńskie ,norweskie  i w drogę.

 

Do Hamburga dojechaliśmy "wagonem rowerowym" 24 czerwca wieczorem. W informacji dostałem mapkę centrum i adres najbliższego kempingu. Najbliższy był w odległości 25 km i był w dodatku nieczynny od 2 lat o czym poinformował nas Rosjanin napotkany nad Łabą. Rozbiliśmy  namiot w prywatnym ogródku nad brzegiem Łaby i Schlafen .

 

Następnego dnia piękna pogoda ,zwiedzamy Hamburg, zabytków mało bo zniszczone przez naloty dywanowe. Ale dzielnica "czerwonych latarni" St Pauli odbudowana ,zwiedzamy ją ale niezbyt dokładnie. ... Wstępujemy do sklepu rowerowego, sprzedawcy pytają dokąd jedziemy. Chwilę rozmawiam z jednym w tym czasie drugi drukuje dla nas mapę drogi wyjazdowej z Hamburga w kierunku Kilonii. Od centrum do granic miasta przejechaliśmy ponad 30 km, częściowo ścieżkami rowerowymi a częściowo jezdniami,ruch ogromny ale to Niemcy więc czujemy się bezpiecznie! Błogosławimy Niemców z rowerowego za mapę wyjazdową. Za miastem asfaltowa ścieżka rowerowa.  Po kilkunastu km syn łapie gumę,szybka wymiana i jedziemy Na noc zatrzymujemy się na kempingu .Wspólna kolacja z niemieckimi rowerzystami, łatka na dętkę i spać.

 

Rano niestety pada.Po ok 20 km syn "łapie gumy" w obu kołach! Zaczyna się burza, leje, na szczęście blisko jest wiadukt. Zakładam połatany zapas, kleję drugą dętkę, trochę mniejszy deszcz, jedziemy . W pobliskim mieście idę do marketu kupić dętki, nie ma odpowiednich rozmiarów. Wychodzę ze sklepu a tu się okazuje że łatka nie trzyma i flak !!! Deszcz leje, błądzimy po mieście szukając sklepu rowerowego. Jest! Opowiadam sprzedawcy o naszych kłopotach, kupuję dętki. Niemiec prosi aby wprowadzić rower syna do warsztatu przy sklepie. Wprowadzam a sprzedawca bierze się za zmianę dętki.Szybko wymienił, pytam ile płacę? A On podaje mi rękę i z uśmiechem mówi gut Reisen ! Dziękujemy i jedziemy dalej.Deszcz leje, ściemnia się. Za miastem stajemy pod wielkim drzewem odlać się. Syn wraca do roweru a tu znowu "kapeć"! Klnąc, dopompowując co kilka km dętkę docieramy do wioski. Pierwszy dom to Zajazd. Okna ciemne, wchodzimy na podwórko i stajemy pod gankiem. Na podwórku stoi przyczepa kempingowa w której pali się światło,pukam . Drzwi otwiera facet mocno pijany. Pytam go o nocleg swoją niemczyzną o on nic,tylko sie kiwa! Wołam do syna że nie mogę się dogadać. A facet słysząc naszą piękną mowę polską, jakby trzeżwieje ,wyciąga rękę i mówi - Bogdan jestem...! Opowiadamy o naszych przygodach. Bogdan jest z Ostrowa Wkp, od 20 lat na sezon turystyczny przyjeżdża do tego Zajazdu do roboty. Wyjaśnia że szef pojechał na imprezę, telefonuje do niego,bezskutecznie.Moment ,mówi i idzie do garażu z którego po chwili wyjeżdża dużym dostawczym mercedesem. Wsiadajcie z rowerami pojedziemy do sąsiedniej wioski tam jest tani  gasthaus ! Jestem wzruszony ale.. odmawiam. Po kilkunastu minutach Bogdan kapituluje. Tłumaczy nam jak mamy jechać ,to tylko 5 km. Dopompowuję dętkę w rowerze Leszka, żegnamy się serdecznie z Bogdanem i na resztkach powietrza, zupełnie przemoknięci docieramy do gasthausu . Wchodzę do baru w którym jest recepcja. Paru Niemców siedzi nad piwem. Staję ubłocony w pelerynie,pod nogami robi sie kałuża ,zamiast powitania mówię  Scheise ! Niemcy śmieją się życzliwie ,jeden z nich idzie po recepcjonistkę. Kobieta prowadzi nas do pokoju, włącza centralne ogrzewanie. Leszek po kąpieli momentalnie zasypia, ja piorę ubłocone ciuchy, rozwieszam na kaloryferach i ok drugiej zasypiam.

 

Wstajemy o dziesiątej, wszystko suche ! Idziemy na śniadanie, po śniadaniu biorę się zaklejenie dętki Leszka. Niestety opona mocno uszkodzona. Łatam ją prowizorycznie do Kilonii musi wytrzymać. Deszcz pada aż żal wychodzić z ciepłego pokoju .Jedziemy bocznymi drogami przez odludne okolice. W polu samotny dom a w nim...sklep rowerowy ! Wspólnie ze sprzedawcą szukam w magazynie odpowiedniej opony.Niestety! Sprzedawca dzwoni do Kilonii do paru sklepów rowerowych i pyta o oponę. Znalazł, pisze na kartce adres sklepu. Wieczorem docieramy do Kilonii.

 

Rano zwiedzamy śluzę Holtenau pierwszą na kanale Kilońskim. Zmieniam oponę w rowerze Leszka . Mamy zamiar zwiedzić muzeum niemieckich łodzi podwodnych w odległym od Kolonii o 20 km Laboe. W porcie trafiamy na przystań  z której odpływają stateczki do Laboe. Niestety stateczek "rozkładowy" odpłynął. Stoimy na kei obok statku ,który też płynie do Laboe ale to czarter i ceny zaporowe. Już szykujemy się do jazdy na rowerach do Laboe a tu marynarz ze stateczku woła nas i mówi że zapyta kapitana czy może nas zabrać taniej. Kapitan się zgadza i za symboliczną opłatą płyniemy zwiedzając port do muzeum u-botów.  Laboe to mała nadmorska osada nad którą góruje 85metrowy pomnik w kształcie

 kiosku okrętu podwodnego. Na pomniku nazwiska 45 tysięcy niemieckich marynarzy, którzy zginęli na U-botach. Na plaży obok Muzeum stoi oryginalny U953.  Kupujemy bilety ale nie ma gdzie postawić rowerów. Kasjer widząc nasze zakłopotanie prosi aby oprzeć rowery o jego budkę. Zwiedzamy u-bota, robimy zdjęcia i w drogę do Puttgarden skąd promem popłyniemy do Danii.

 Pogoda świetna, upał. Wyprane w Kilonii skarpetki i koszulki umieszczone na sakwach schną szybko. Jedziemy brzegiem morza, plaża mała ,kamienista ale za to ścieżka rowerowa poprowadzona po wysokim wale przeciwpowodziowym. Asfalcik, wiatr od morza, piękne słońce -luksus !Obiad jemy w nadmorskiej tureckiej knajpce. Rozmawiamy o Niemcach. Cztery razy byliśmy na rowerach w Niemczech i zawsze spotykaliśmy się z życzliwością i pomocą.

Słabo znam niemiecki a nie miałem trudności w załatwianiu wielu spraw. A u nas  ?

A u nas w maju tego roku dojechaliśmy ,oczywiście rowerami do Muzeum w Żelazowej Woli. Na bramie zakaz jazdy rowerami więc zsiadamy i prowadzimy. A  tu w bramie Stop! Ochroniarz zasłania swoim  wątłym ciałem furtkę i warczy - z rowerami nie wejdziecie !

Pytam  go czy się założy ? Nie przyjmuje zakładu... Tylko lekko go odpychając wchodzimy do parku.

 

  Po obiedzie jedziemy w kierunku Puttgarden skąd po przenocowaniu rano popłyniemy do Danii. Nadmorska ścieżka się kończy, jedziemy ścieżką obok szosy, teren morenowy, pofałdowany.Wieczorem docieramy do kempingu niedaleko przeprawy promowej. Jest  internet,

piszemy do znajomych, sprawdzam prognozę pogody na następne dni, niestety nie jest zachęcająca. Kupujemy zapas jedzenia bo w Skandynawii drogo...

 Rano mocno buja promem,ale po wyprawie katamaranem "Kometa" na Bornholm żadne sztormy nam niestraszne ! Dopływamy do Rotby, Dania wita nas deszczykiem,nie zakładamy peleryn i w drogę. Teren mocno pofałdowany ale po asfaltowej ścieżce rowerowej jedzie się świetnie.

 Krajobraz typowo rolniczy, monotonny ,jedyna atrakcja to most nad zatoką,długi chyba ponad 4 km.Mijamy małe miasteczka, na rynku jednego z nich jemy na obiad czekoladę popijamy mineralną i mkniemy dalej. Wieczorem stajemy na parkingu obok szosy .Jest kibelek takiego typu jakie spotykaliśmy podczas poprzedniej wizyty rowerowej w Danii. Gotujemy wodę na herbatę i jemy kolację. Robi się ciemno z daleka słychać odgłosy nadciągającej burzy, zaczyna padać. Mała narada...

Decyzja, śpimy w kibelku dla niepełnosprawnych. Po jednej stronie kibelka kabiny dla pań i panów a po drugiej obszerna kabina dla niepełnosprawnych z umywalką, elektryczną suszarką i lustrem. Czyściutko !

Wprowadzamy rowery, na plastikowej podłodze rozkładamy namiot na nim karimaty.Okienko przy obrotowej klamce zaklejam taśmą "na krzyż" Closed !

Myjemy się w ciepłej wodzie. Zablokowana zapałką suszarka przyjemnie ogrzewa pomieszczenie. Na zewnątrz burza, deszcz przyjemnie bębni po dachu, świetlik co chwilę rozświetlają błyskawice,zasypiamy.

Budzi mnie odgłos silnika dużego auta.  Po chwili ktoś naciska klamkę...ale odchodzi .Słychać hałas i odgłos pompy. Wyciągają szambo, skończyli i auto odjeżdża.

Do rana śpimy spokojnie. Ranek po burzy słoneczny, jemy śniadanie przy stole na parkingu. Kierowcy przejeżdżających Tirów machają  przyjażnie i pozdrawiają  buczeniem klaksonów. Ruszamy w kierunku Kopenhagi. Zawsze jadę pierwszy. Syn z tyłu popędza ciągle podając średnią prędkość. Mój licznik pokazuje tylko prędkość i dystans ale jest wodoodporny a jego zaparował w Norwegi i stop.  Póżnym popołudniem docieramy do Kopenhagi, mamy mapę więc szybko znajdujemy drogę do najtańszego kempingu "Bellahoy"

Jedziemy ścieżką rowerową, zrywa się ulewa przed którą chronimy się na przystanku autobusowym obok banku na którym jest zegar i termometr. Termometr pokazuje 15 C a po godzinnej ulewie tylko 10 C. Ruszamy ścieżką rowerową do odległego od centrum o 10 km kempingu. Ścieżka jednokierunkowa, jedziemy w sznureczku rowerzystów. Przed nami gruba pani na damce. Jadę spokojnie za nią,   rozglądając się aby nie zabłądzić. A syn z tyłu niecierpliwie Tata, Tata! Patrzę na licznik 25km/h. Uniesiony ambicją i ponagleniami Leszka wyprzedzam grubą...nagle na ścieżce widzę masę rozbitego butelkowego szkła. Nawet nie zdążyłem zahamować ! Krzyczę  uważaj! Przejechaliśmy .Powietrze nie schodzi ! Patrzę w lusterko, gruba się zbliża ! Depnąłem jeszcze mocniej i nasza duma kolarska uratowana. I tak w ekspresowym tempie dojechaliśmy do polecanego w przewodniku Pascala kempingu "Bellahoy".

Kemping "Belahoj" to ogromny plac porośnięty niekoszoną trawą,przy wejściu stary kontener z kasą i szefem .Na środku blaszana budowla pokryta eternitem ,kryjąca zabytkowe kibelki i umywalki.Jest kuchnia z gazowymi palnikami obok kontener z czterema prysznicami. Namiot rozstawiamy obok pary  rowerzystów z Warszawy. Poznaliśmy z daleka że to nasi bo mieli sakwy identyczne jak my. Resztę bagażu wozili w małej jednokołowej przyczepce o której nie mieli zbyt dobrej opinii. Na kempingu pustawo, Najczęściej słychać słowo wypowiadane w złości lub zamiast przecinka przez naszych Rodaków.Swojsko! Moja tylna opona po najechaniu na szkło tylko trochę ucierpiała.

Rano jedziemy do przystani promowej zakupić bilety do Oslo. Jedziemy przez całe miasto. Kopenhaga to rowerowy Amsterdam Północy! Ilość rowerzystów ogromna, większość jeżdzi na rowerach miejskich. Ubrani różnorodnie: ubiory kolarskie ,garnitury z krawatem, mundury wojskowe, stroje arabskie, luźne piżamy/ciemnoskórzy kolarze/. Wszyscy mają ubiory przeciwdeszczowe co przy kopenhaskiej zmiennej pogodzie nie dziwi. Dziwi to, że nawet gdy jest chłodno i pada jeżdżą w sandałkach lub gumowych sabotach bez skarpet. Większość jeździ po mieście w kaskach! Jeżdżą szybko trzeba uważać! Bardzo wiele rowerów ma wbudowane w tylną oś dynama, które zasilają w dzień i w nocy migocące czerwone tylne światełko. Jest miły i powszechnie stosowany zwyczaj że rowerzysta mający zamiar się zatrzymać podnosi prawą rękę, taki rowerowy STOP. Ścieżki rowerowe poprowadzone w większości po chodniku wyznaczone ciągłą białą linią. Na chodnikach po obu stronach jezdni ścieżki jednokierunkowe szer . ok 1 m z wyznaczonym kierunkiem ruchu. Sygnalizatory dla rowerzystów, kontr-pasy,możliwość jazdy po ulicach zamkniętych dla ruchu, miejsca w których ścieżka przecina jezdnię pomalowane jaskrawo-niebieską farbą. Bardzo liczne warsztaty rowerowe przed którymi stoją wystawione na sprzedaż używane rowery. Ogromna ilość porzuconych rowerów często leżą pogięte, zardzewiałe, wyglądają jakby umarły.

W kasie terminalu promowego dowiadujemy się że ceny biletów zależą od frekwencji i są zmienne. Uprzejma Dunka radzi odpłynąć za dwa dni, będzie najtaniej. Musimy wykupić miejsca w kabinie bo na rejsy nocne /a tylko takie są/ kabina obowiązkowa. Na naszych promach nie ma na szczęście takiego obowiązku a zmęczony pasażer prześpi się na statku byle gdzie. Dobór miejsca dospania jest ściśle związany z przyczyną "zmęczenia". Bilety kupione zwiedzamy Kopenhagę. Zwiedzanie ułatwione bo mamy mapę i skserowane /z przewodnika Pascala/ informacje o mieście i jego atrakcjach.

Zaczynamy od bastionowej twierdzy Kastellet. Twierdza na wyspie to teren należący do wojska gdzie nie wolno jeżdzić na rowerach. Informuje o tym znak. Prowadząc rowery mijamy wartownika, jest OK. Zwiedzamy bastiony, na trawie między nimi opala się para młodych ludzi. Spacerujący, uzbrojony w pistolet maszynowy wartownik podchodzi do tej pary, staje na ścieżce nad nimi przyjmuje postawę "na baczność" i zdejmuje z pleców maszynowy pistolet!!! Nie wierzę własnym oczom. Żeby tak zaraz zastrzelić za leżenie na trawie!!! Zamiast ich ratować sięgam do sakwy po aparat. W tym czasie żołnierz mówi coś do nich podniesionym głosem. Podnoszą się szybko a wartownik podchodzi do mnie i po duńsku mówi że to teren wojskowy i zdjęć robić nie wolno! No może mówił po angielsku z duńskim akcentem. Zrozumienie ułatwił mi pistolet wiszący na jego ramieniu. Trochę speszeni jedziemy zrobić sobie foto z kopenhaską Syrenką .Wokół Syrenki luz, pełno naszych! No może nie luz dosłowny bo zdjęcia robią liczni przedstawiciele Azji. Jedziemy przez port na starówkę żeby zdążyć na12.00 na uroczystą zmianę wart przed pałacem królewskim Obok pałacu wartownicy w historycznych mundurach w ogromnych czapach z niedżwiedziego futra. Broń też mają historyczną /na pewno niesprawna/ więc śmiało podchodzę aby zrobić zdjęcie! Wartownicy to nie angielscy sztywniacy, rozmawiają z nami ale na pożyczenie niedźwiedziej czapy do zdjęcia się nie godzą. Zwiedzamy zabytki starego miasta Rower pozwala jeżdzić wąskimi uliczkami zamkniętymi dla ruchu samochodowego. Odwiedzamy dzielnicę hippisów, park rozrywki i starą dzielnicę portową. Pogoda ładna nie pada, obiad jemy na ławce nad kanałem portowym ,wszystkich dań dokładnie nie pamiętam ale serwolatka w plastiku była bankowo! Wieczorem zaczyna padać, wracamy na kemping. Spotkanie towarzyskie z rodakami w kempingowej kuchni bo ciepło i nie pada na głowę. W nocy leje, Leszek zsunął się w śpiworku na wejście do namiotu i śpiworek mokry. Tu muszę pochwalić nasz namiot Marabut. Jest to jego czwarta wyprawa, jest lekki i naprawdę nieprzemakalny.

Rano jedziemy do centrum. W starej dzielnicy portowej trafiamy na zawody triatlonowe. Obok trasy biegowej namioty ze sprzętem sportowym, są też stoiska dla miłośników kolarstwa, tylko oglądamy... Podziwiamy zawodników! Temperatura ok 12 st C lekka mżawka, a oni /nie wszyscy w piankach!/ wskakują do portowej wody. Polacy nie startowali. Robimy zakupy, zdobywamy stempelki w kolarskich książeczkach turystycznych KOT, wymieniam korony duńskie na norweskie i wracamy na kemping. Smaruję łańcuchy, przeglądam mapę Oslo i myślę z obawą o czekającym nas norweskim etapie wyprawy. Najbardziej obawiam się awarii mechanicznych. Część ubrań mokra ale nie ma ich gdzie wysuszyć. Rano pada więc namiot suszymy prowizorycznie w kuchni. Pakujemy się i w południe wyruszamy do centrum, robimy trochę zdjęć i ok 15 tej jesteśmy na przystani promowej. Na prom wjeżdżamy przed tirami i autobusami. Znajdujemy miejsce w którym ciężarówy nie rozjadą naszych rowerów, zdejmujemy sakwy, rowery mocujemy gumami do szotu i idziemy na górę. Zapamiętujemy numer pokładu i wyjścia aby nie powtórzyła się historia z 2004 r gdy w Sztokholmie nie mogliśmy odnaleźć naszych rowerów załadowanych w Finlandii. Wtedy rowery ustawione na ruchomym pokładzie ładunkowym podjechały w górę razem z autami osobowymi. Kabinę mamy na szczęście blisko klatki schodowej i górnego pokładu, nie będzie pachniało paliwo z samochodów. Pierzemy brudne ciuchy i rozwieszamy w ciepłej kabinie. Rozwijamy namiot żeby wysechł, ogólnie robimy straszny bałagan, kąpiemy się i idziemy szukać internetu. Piszemy do domu, znajomych i do Częstochowskiej Strony Rowerowej. Płyniemy cieśninami duńskimi, duży ruch statków, patrzymy na skaliste brzegi Szwecji to tamtędy będziemy wracali... Sprawdzamy prognozę pogody niestety na naszej planowanej trasie chłodno i opady. Zabezpieczam wieszakiem drzwi kabiny przed zamknięciem, podpieram krzesłem i idziemy spać.

Budzimy się rano gdy prom wpływa do fiordu na którego końcu leży Oslo. Pakujemy wyschnięte ciuchy ,namiot, wyciągamy grube polary, peleryny bo na dworze zimno i leje! Zjeżdżamy z promu, jesteśmy w Norwegii !

Do Oslo przybyliśmy za wcześnie. Norwegowie nie zdążyli dokończyć budowy terminalu promowego więc stoimy pod daszkiem baraku budowniczych terminalu czekając aż przejdzie ulewa. Budowniczowie stoją obok nas i też czekają jedząc lody. Przestało lać ale dostępu do centrum broni autostrada i zakazy jazdy rowerem, w końcu znajdujemy stalową kładkę nad autostradą i jesteśmy w centrum Oslo.

Okolice dworca kolejowego zalane wodą, samochody z trudem pokonują rozlewisko,my jedziemy chodnikiem, jest trochę płyciej... Odwiedzamy centrum informacji turystycznej, kupujemy pieczywo i ruszamy do kempingu Ekeberg.

Centrum Oslo to wielki plac budowy, wiele ulic rozkopanych, budują estakady, zmieniają nawierzchnię, dużo objazdów i zakazów jazdy rowerem. Trochę błądzimy ale w końcu po pokonaniu parokilometrowego podjazdu i przejechaniu skrajem pola golfowego docieramy od tyłu do kempingu. Z kempingu wspaniały widok na fiord i leżące w dole Oslo. Płacimy za dwie noce i długo szukamy miejsca do rozbicia namiotu bo trawiaste pole namiotowe mocno nasiąknięte wodą. Miejsce znajdujemy we "francuzkojęzycznej" strefie kempingu. W kempingowej kuchni gotujemy "obiad", sakwy zostawiamy w namiocie i jedziemy w dół do centrum Oslo.

Stolica Norwegi otoczona wzgórzami nie jest zbyt rozległa. Zwiedzanie ułatwia rower którym można jeżdzić po chodnikach i parkach. W centrum nie ma zbyt wielu zabytków, zwiedzamy otoczenie pałacu królewskiego, parlamentu, katedrę. Głowna ulica Karl Johans to częściowo deptak wypełniony różnojęzycznym tłumem .Norwegowie są bardzo dumni ze swych barw narodowych. Jest bardzo wiele sklepów i stoisk które sprzedają wyłącznie towary których kolorystyka nawiązuje do barw flagi narodowej, są tam też ubiory o wzornictwie ludowym oraz niezliczone "pamiątki" z Trollami. Sklepy te w większości prowadzą Arabowie. My nabywamy "norweskie" skarpetki i naklejki z kopulującymi łosiami.Przed wieczorną ulewą chronimy się w kawiarence internetowej zlokalizowanej w pasażu handlowym połączonym z dworcem. Obok kawiarenki jest niewielki market prowadzony przez Arabów, przy wyjściu stoliki z krzesłami i lada z kuchenkami mikrofalowymi. Kupujemy parówki, przepuszczone trzykrotnie przez mikrofalę, smakują jak z grilla. Popijamy to pepsi /najtańsza/i czekamy w kawiarence aż przestanie padać. W internecie informacje o powodziach w Norwegii. Około 23ciej docieramy na kemping, jest widno, kąpiel i spać.

Rano słońce, po śniadaniu zaopatrzeni w mapę, skserowane informacje z Pascala oraz peleryny jedziemy zwiedzać Oslo i okolice. Tuż przed wyjazdem kupiłem Przewodnik Pascala po Norwegi. Przewodnik wydany bardzo ładnie: plastikowa okładka, kredowy papier, masa ładnych zdjęć ale informacji w porównaniu z tradycyjnymi Pascalami bardzo mało no i waga prawie 1 kg, został więc w domu. Oglądamy ratusz w którym są wręczane pokojowe Noble, oglądamy twierdzę Akershus. Mamy zamiar jechać na półwysep Bygdoy aby zwiedzić znajdujące się tam muzea. Rozkładamy mapę, prawie zaraz pojawia się starszy pan oferujący pomoc. Był w naszym Kraju, ma znajomych w Gdańsku. Droga do Bygdoy prosta, pytam jak wyjechać z Oslo w kierunku największego fiordu. Nasza mapa nie obejmuje przedmieść Oslo więc uprzejmy Norweg radzi nam pojechać trzy przystanki kolejką podmiejską aby bez problemu wydostać się na E16 w kierunku Bergen.

Na półwysep jedziemy nadmorskimi bulwarami i ścieżkami rowerowymi. Zwiedzamy muzeum KON-TIKI poświęcone norweskiemu podróżnikowi Thorowi Heyerdalowi, który na tratwie z balsy przepłynął z Peru do Polinezji 8 tys km, obok muzeum Fram.Fram to norweski szkuner wsławiony udziałem w wyprawach podbiegunowych Nansena i Amundsena, zwiedzamy skansen morski , etnograficzny i wracamy do Oslo.Jedziemy w kierunku skoczni Holmenkollen, po drodze wstępujemy do parku wypełnionego 212-toma rzeźbami Norweskiego artysty G. Vigelanda. Zwiedzamy park ,robimy zdjęcia a z daleka już dochodzą odgłosy nadciągającej burzy. Jedziemy do kawiarenki internetowej na dworcu. Lubimy ją bo za godzinny żeton można korzystać z internetu do oporu, rowery można wprowadzić do środka a naprzeciw jest arabski market z tanim /jak na Norwegię/ jedzeniem. Wypisujemy i wysyłamy widokówki, kupujemy jedzenie na drogę: puszki tuńczyka w galarecie, serwolatkę,  czekoladę i pieczywo. Na kolację kupuję sałatki z ziemniaków i z krewetek.Przez zatłoczone centrum wracamy na kemping. Jestem przekonany że za parę lat Norwegowie będą stanowili w swojej stolicy mniejszość  narodową.

Na kempingu zasiadamy do wytwornej kolacji są krewetki, serwolatka, ziemniaki w sosie, jajka gotowane na sposób wielkanocny, barszcz Knoora. Leszkowi nie smakują sałatki więc ja muszę je połknąć bo nie nadają się do transportu a rano wyruszamy nad fiordy. Obok nas rozstawiają namiot dwaj Francuzi, przyjechali na motorach. Szybko przebierają się w suche ubrania bo te w których przyjechali mokre. Wracają z Nordkapu, pokazują swoją trasę na mapie i mówią o fatalnej pogodzie jaką mieli w drodze do Oslo. Ich trasa pokrywa się mniej więcej z naszą więc wiadomości o złej pogodzie nie nastrajają zbyt optymistycznie. Noc  bez opadów więc szybko zwijamy suchy namiot, jemy śniadanie, podbijamy książeczki kolarskie w recepcji i jedziemy do Oslo.

Jedziemy trzy przystanki kolejką podmiejską tak jak nam radził Norweg .Po wyjściu z dworca mamy trudności z odnalezieniem drogi E 16 ale w końcu się udaje Jedziemy brzegiem jeziora, szosa niezbyt szeroka ale równy asfalt a pobocze którym jedziemy oddzielone ciągłą linią. Przy brzegu jeziora z wody wystają dachy domków letniskowych, musiało nieźle padać! W Henefoss jezioro się kończy, tuż obok drogi wielki wodospad na rzece Begna. W połowie stromego podjazdu "światła", mamy pecha łapie nas czerwone! Ruszamy z trudem a z tyłu z jadącego auta słyszymy -dawaj, daawaj ! To nasi, mijając pytają-dokąd? odpowiadamy- nad morze! Machają i znikają. Pogoda piękna, słońce, minimalny wiaterek ,mimo ze prawie cały czas pod górę jedzie się świetnie

Jedziemy sobie spokojnie, nagle za zjazdem do małej miejscowości pojawia się znak tak nielubiany przez rowerzystów -droga dla pojazdów samochodowych-Stajemy, na naszej mapie 1;800 000 brak alternatywnej drogi! Spotykamy norweskiego rowerzystę, który wskazuje nam objazd. Ledwie widoczna wąska asfaltowa droga kończy się po paru kilometrach dalej resztki asfaltu i strome podjazdy.Jedziemy przez las. Po pokonaniu ponad 20 km znów jesteśmy na E 16. Za skrzyżowaniem nie ma znaków więc zakaz nie obowiązuje! Podobne zakazy spotykamy przy mijaniu następnych miejscowości ale je olewamy. Okolica staje się coraz bardziej odludna, mijamy osady składające się z kilku domów. W kilku miejscach wezbrana Begna niebezpiecznie zbliżyła sie do szosy, widać wzmocnienia z worków z piachem. Pogoda słoneczna więc zatrzymujemy się często aby robić zdjęcia huczącej rzeki przedzierającej się przez góry.

Obiadu nie gotujemy, posilamy się czekoladą i do przodu! Co kilkanaście kilometrów w ładnych widokowo miejscach są parkingi z ławkami stolikami, wc i wodą. Na jednym z nich leżącym na wzgórzu nad jeziorem rozstawiamy namiot i robimy kolację na gorąco. Trochę dokuczają małe owady, chyba meszki. Po słonecznym poranku pogoda zaczyna sie psuć, robi sie chłodniej i przelotnie pada. Jedziemy i jedziemy a tu zupełny brak sklepów spożywczych i supermarketów! Śmierć głodowa nam nie grozi bo wozimy spore zapasy. Ciepłych obiadów nie gotujemy z lenistwa, zadowalamy się pieczywkiem i serwolatką, na deser czekolada. Tu ciepło myślimy o naszym Kraju gdzie w najmniejszej wiosce jest sklep spożywczy otwarty w dni powszednie oraz w dniach świąt kościelnych i państwowych.

Otaczające nas góry coraz wyższe, z pokrytych śniegiem szczytów spływają strumienie tworząc liczne wodospady. Niektóre są tak blisko szosy że jedziemy w tumanach rozpylonej wody inne ukryte wśród skał hukiem spadającej wody powiadamiają o swoim położeniu i zachęcają do oglądania. I tu w pełni widać przewagę roweru nad samochodem! Jadąc rowerem odbieramy otaczającą nas przyrodę wszystkimi zmysłami! A w zamkniętym pudle auta siedzisz na fotelu pokrytym kudłami twego ulubionego psa, słuchasz przez radio niepokojących wieści z Sejmu, wąchasz smród źle wymytych popielniczek, wyłączasz radio ... i wtedy słyszysz - jedź wolniej pozabijasz nas i psa! To wszystko w blasku migającej kontrolki powiadamiającej że kończy się paliwo!

Wieczorem trafiamy na parking w stylu norweskim: duży domek z drewnianych bali, dwuspadowy dach pokryty trawnikiem, w środku stół i ławy pod ścianami. Jest sporo miejsca więc namiot rozstawiamy w środku. Jemy gorącą kolację, odganiając się od meszek. Rano gdy zwijamy namiot na parking podjechał samochód, para starszych ludzi wita się z nami i na stole na zewnątrz przygotowuje śniadanie,zapraszają nas na kawę z termosu. Dziękujemy i też robimy śniadanie. Dziwią się że tyle rzeczy można przewieźć na rowerach.

Niestety zaczyna padać, zakładamy peleryny, które po paru kilometrach zdejmujemy bo zaczynają się długie, męczące podjazdy. Droga wspina się do góry po wykutych w skale półkach. Jedziemy 8-9 km/h za nami cierpliwie jadą samochody, nikt nie trąbi. Deszcz przestaje chwilami padać więc tam gdzie można stajemy aby zrobić zdjęcie. Skały nad szosą są często zabezpieczone siatką a mimo tego na szosie leży wiele sporych kamieni. Przed Fagernes trafiamy na market! Uzupełniamy zapasy płynów i pieczywa i wspinamy się dalej. Za Fagernes obok punktu informacji turystycznej gdzie zaopatrujemy się w bezpłatne mapki fiordów, robimy przerwę na gorący posiłek. Informatorka w punkcie it pociesza że tylko ok 40 km podjazdów a potem zjazd do poziomu morza. Więc jeszcze jeden nocleg na dziko po męczącym podjeździe.

Następnego dnia docieramy do Vang. W małej norweskiej wiosce ślady polskie... W końcu XIX wieku Niemcy odkupili od biednych wtedy Norwegów zabytkowy XIII wieczny drewniany kościółek i mieli zamiar przenieść go do Berlina, jednak zmienili plany i odtworzyli kupiony od Norwegów kościół obok Karpacza! Na mocy traktatu poczdamskiego Karpacz przypadł Polsce i tak oto mamy w Kraju zabytek z dalekiej Norwegii. Na miejscu zabytkowego stoi drewniany kościół a stosowna kamienna tablica informuje o aktualnej lokalizacji zabytku.

Jeszcze kilkanaście kilometrów i rozpoczynamy zjazd ale niestety zaczyna lać deszcz, robi się bardzo zimno. Grube polary zakładamy w strugach deszczu. Peleryny podwiewane podmuchami wiatru słabo chronią przed deszczem, mokre hamulce nie działają jak trzeba. Pędzimy w dół rozglądając się za miejscem na nocleg. Przed nami droga zablokowana stojącymi samochodami. Wypadek? Na szczęście nie! Wąską drogę między stromymi zboczami zablokowały kozy! Pełno ich na szosie wśród samochodów i na poboczu. Prowadząc rowery mijamy całe to zamieszanie i jedziemy dalej. Po kilkunastu kilometrach trafiamy na parę domków. Pukamy i pytamy czy można rozstawić namiot. Młody Norweg pokazuje nam boczną drogę do kempingu. Pani w recepcji mówi że kemping nieczynny ale widząc naszą sytuację oferuje miejsce w domku dla narciarzy. Drogo, ale nie zastanawiamy się długo! Drewniany domek na zboczu góry z pięknym widokiem na spowite teraz mgłą szczyty. Wprowadzamy rowery do środka. Do dyspozycji mamy dwie małe sypialnie,salonik z kominkiem, kuchnię z kompletem garów i talerzy. Włączamy elektryczne ogrzewanie. Jest dopiero siedemnasta, pierzemy zabłocone ubrania, wyciągamy gary i zabieramy się za kolację. Gotujemy zupy z makaronem, pure ziemniaczane okraszamy przypieczonymi na patelni polskimi kabanosami. Ciuchy schną, komórki się ładują, telewizor gra, Jemy na białych talerzach, pijemy herbatę ze szklanek. Luksus! Przeglądam rowery wszystko ok, dociągam hamulce i smaruję łańcuchy.

Rano ruszamy, niestety w strugach deszczu. Przed nami najładniejszy odcinek trasy tak zwana Droga Królewska. W Burgund zwiedzamy najsłynniejszy w Norwegii drewniany kościółek. Jest podobny do tego z Vang ale starszy pochodzi z XII w.Zostawiamy z boku E 16 i jedziemy malowniczą drogą wśród stromych skał, obok drogi rwąca rzeka, mimo deszczu zatrzymujemy się i robimy zdjęcia. Spotykamy parę rowerzystów z Niemiec też jadą do Laerdal. Szczyty gór zasnute mgłą, mokre,posępne to tam mieszkają Trolle. Po szaleńczym zjeździe jesteśmy w Laerdal małym miasteczku z małymi białymi drewnianymi domkami, małymi uliczkami, otoczone z trzech stron stromymi skałami a od północy otwarte na Sognefjord najdłuższy i najgłębszy na świecie fiord. Zupełnie przemoczeni ale szczęśliwi stajemy nad jego brzegiem!

 W Laerdal nadal pada więc decydujemy się na nocleg w małym domu noclegowym, policzą taniej bo mamy śpiwory. W markecie kupujemy makaron sos i gulasz. Gotujemy to w kuchni na kolację. Rano wypływamy promem na fiord.

Pogoda bezdeszczowa pozwala podziwiać wspaniałe widoki. Pokryte śniegiem szczyty gór giną we mgle .Mijamy małe osady uczepione na skalistych brzegach fiordu. Miłe zaskoczenie statkowy przewodnik opowiadający o mijanych atrakcjach mówi po niemiecku, angielsku i po... polsku! Prom zawija do Kaupanger  anastępnie kieruje się do Gudvangen, które leży nad jednym /jak twierdzi Pascal/z najwspanialszych fiordów Norwegii Naeroyfjord.

Strome zbocza fiordu mają ponad 1000 m wysokości, zbliżają się do siebie na 250m co potęguje wrażenie ogromu. Dopływamy do małej leżącej na końcu fiordu osady Gudvangen. Tam musimy czekać na następny prom, który zabierze nas do Flam. W Gudvangen trafiamy do plenerowego centrum pamiątkarsko-turystycznego stylizowanego na wioskę Vikingów. W wiosce duże drzewo do którego przymocowana jest okrągła tarcza wycięta z kloca drzewa, obok leżą stalowe topory.

Chwytam topory, proszę Leszka żeby pilnował aby nikt nie znalazł się na linii rzutu. Odchodzę na kilkanaście kroków i mocnymi rzutami wbijam topory w tarczę !Potomkom Vikingów opadły szczęki!

Podpływa nasz prom, którym płyniemy do Flam. Wychodzi słońce więc robimy wiele zdjęć. Wieczorem dopływamy do Flam.Główną atrakcją tej malej miejscowości jest kolejka Flamsbana.

Wybudowana na pocz. XX wieku kolejka o długości 20 km wspina się od poziomu morza do wysokości 860 m npm. Zabiera określoną liczbę pasażerów więc zaraz kupujemy bilety na następny dzień. Na kempingu spotykamy wielu górskich turystów z Polski, jeden z nich doskonale zna okolice radzi aby na podróż po płaskowyżu na który zawiezie nas Flamsbana  założyć ciepłe gacie... Rano ładujemy się z rowerami do kolejki.

Kolejka mozolnie wspina się do góry po skalnych półkach, pokonując liczne tunele i mosty Biegam od okna do okna robiąc zdjęcia. W połowie trasy przystanek obok wielkiego wodospadu, wszyscy wysiadają aby podziwiać krajobrazy i zrobić zdjęcie na tle ...Patrzymy w dół z żalem że musimy już rozpocząć drogę  powrotną do Kraju! Po godzinie zielone wagoniki docierają do Myrdal. Wysiadamy na małym dworcu otoczonym ośnieżonymi, spowitymi mgłą gĂłrami.

Jedziemy a częściowo prowadzimy rowery po płaskowyżu wśród surowych krajobrazów, dookoła wiele śniegu. Docieramy do najwyżej w Norwegi położonej stacji kolejowej Finse. Dalej przez Haugastol do znanej nam już trasy do Oslo. Tyle jeszcze pozostało do zwiedzania ale niestety sztywny termin powrotu zmusza nas do opuszczenia tej pięknej krainy.

W Oslo zatrzymujemy się znanym nam kempingu. Trasy powrotnej przez Szwecję dokładnie nie opracowałem przed wyjazdem, proszę Leszka aby policzył ile to kilometrów. Po chwili trochę załamany mówi że 800 km. Wyjazd z Oslo w kierunku granicy Szwecji zajmuje nam pół dnia! Dodatkowo jazdę spowalniają na szczęście przelotne ale intensywne opady deszczu. Wieczorem łapię gumę w tylnym kole, na szczęście obok jest opuszczony dom przy którym postanawiamy po zmianie dętki rozstawić namiot.

Zaraz zjawia się sąsiad ale widząc nasze kłopoty odchodzi. Następnego dnia mijamy symboliczną granicę między Norwegią a Szwecją. Jedzie się świetnie dopiero wieczorem zaczyna padać .Przejechaliśmy 140 km i rozglądamy się za miejscem pod namiot. Na samotnym domu widzę koślawy napis "wolne pokoje" . Pukamy, otwiera starsza kobieta. Pytamy po angielsku czy jest wolny pokój i ile kosztuje. Okazuje się że pani nie zna angielskiego ale prowadzi nas do pokoju z kuchnią i łazienką . Przy pomocy kartki i długopisu prowadzimy negocjacje cenowe. Naszym mocnym argumentem są własne śpiwory. Cena spada o połowę!

Następnego dnia po przejechaniu ok 50 km łapie nas burza. Na szczęście obok drogi jest samotny dom z wielkim gankiem .Jest to domek myśliwych, przez okno widać trofea. Gwałtowna burza nie przechodzi do wieczora, robi się zimno więc na drewnianym ganku rozstawiamy namiot.

W stronę Goeteborga jedziemy "żółtą" drogą nr 22, przed Uddevalą łączy się ona z autostradą E 06. Ale obok autostrady znak ścieżki rowerowej i strzałka z napisem Goeteborg, po przejechaniu 2 km ścieżka urywa się ,szukamy innej drogi. Pytany o drogę Szwed mówi że na tej autostradzie nie ma zakazu jazdy rowerami. Sprawdzamy, istotnie! Samo przejście na drugą stronę autostrady aby włączyć się do ruchu zajmuje nam kilkanaście minut. Kierowcy widząc nasz zamiar zwalniają i zatrzymują się, tak samo na drugim pasie. Włączamy migocące tylne światełka i z duszą na ramieniu ruszamy. Ruch ogromny, jedziemy po pasie oddzielonym od jezdni białą linią ciągłą. Pędzące tiry bujają nami  mocno .Po przejechaniu ok 40 km nagle pojawia się znak -droga tylko dla pojazdów samochodowych-. Rozglądamy się bezradnie w poszukiwaniu innej drogi ale wokół tylko skały! Trzeba zawracać i zjechać na lokalną drogę prowadzącą przy brzegu morza. Uprzejmi kierowcy znowu nas przepuszczają, cofamy się ok 10 km i skręcamy w drogę lokalną. Droga prowadzi brzegiem morza, przez liczne wyspy, jest widokowo piękna. Niestety nad morzem wieje mocny przeciwny wiatr a droga raz obniża się do poziomu morza by zaraz potem stromo wspinać się do góry po nadbrzeżnych  skałach. Na wszystkich mostach łączących wyspy wiszą "rękawy lotnicze" pokazujące siłę wiatru .Podczas naszego przejazdu były maksymalnie wychylone. A więc przez liczne mosty trzeba było prowadzić rowery. Przed Goeteborgiem trafiamy na wysoki i długi nowoczesny most wiszący. Wjazd na mostową ścieżkę był z boku i niezbyt dobrze oznaczony.

Do Goeteborga wjeżdżamy głodni i mocno zmęczeni jazdą po górach pod wiatr. Nie mamy mapy miasta a ta otrzymana w IT obejmuje tylko centrum, zwiedzamy port i szukamy drogi do kempingu Askim. Nikt z pytanych nie potrafi wskazać drogi! Leszek pyta o drogę trzy dziewczyny. Tłumaczą mu długo, coś rysują, znowu tłumaczą.

 

  Stoję z boku głodny i zły nie słucham objaśnień! A jednak ich wskazówki były dobre bo po godzinie prowadzony przez Leszka przekraczam bramę położonego nad morzem kempingu Askim.

Następnego dnia sporo czasu i nerwów zajmuje znalezienie drogi, którą można jechać rowerami. Jedziemy nadmorską drogą, ale górki łagodniejsze i nie wieje wiatr. Mijamy Falkenberg i nocujemy na nadmorskim kempingu.

Następnego dnia mijamy Halmsted oddalamy sie od morza jadąc przez piękne lasy.Obok szosy w polach duże ,wkopane pionowo w ziemię kamienne tablice z wyrytym" snopkiem" /herbem Wazów/ i datą 1655, tablice te stoją co kilkanaście kilometrów, może tędy Szwedzi szli na Polskę ? Jedziemy przez Park Narodowy Goderasens w którym udaje mi się sfotografować stado łosi. Pogoda słoneczna więc ostro dajemy do przodu. Mijamy 40 km płatnej drogi, my nie płacimy.. Robi się ciemno, nocujemy u farmera obok stodoły. Leszek chce jechać dalej aby pobić rekord dziennego przejazdu, ale do Ystad jeszcze 60 km nie ma sensu. Ale rekord i tak pobity 164 km.

Rano żegnani przez uprzejmą gospodynię ruszamy do ostatniego etapu naszej wyprawy. Szybko docieramy do Ystad, kupujemy bilety na prom, który odpływa do Polski wieczorem.

Ystad to bardzo ładne portowe miasto z wieloma zabytkami i ładnie zachowaną starówką.

Wieczorem stajemy w kolejce wśród aut oczekujących na wjazd na prom. Oficer kierujący załadunkiem kiwa do nas aby wjechać poza kolejnością. Sądząc po ilości samochodów i pieszych pasażerów oczekujących przed trapem będzie tłok. Zaraz po wejściu na górę zajmujemy strategiczne miejsce, rozkładamy karimaty i śpiwory. Prom szybko wypełnia tłum pasażerów, którzy mają problemy ze znalezieniem miejsca do spania. Wykąpani w znanej tylko nielicznym pasażerom bezkabinowym łazience szybko zasypiamy. Budzimy się gdy prom stoi przy kei w Świnoujściu.

Wyprawa trwała 30 dni. Przez Niemcy ,Danię, Norwegię i Szwecję przejechaliśmy na rowerach ponad 2500 kilometrów. Skandynawia droga? Tak ! My straciliśmy...po parę kilogramów.

Poleć znajomemu ten artykuł...


Opublikowane w : Wyprawy, wycieczki, Europa Północna
Cytuj ten artykuł na swojej stronie Ulubione Drukuj Podobne artykuły

Komentarze użytkowników (2) RSS feed komentarz
Wystawiony przez Krzysztof, z 31-12-2009 17:06, , Zarejestrowany
1. gratulacje
Wyprawa piękna - a gdzie można obejrzeć zdjęcia ??? 
Pozdrawiam Krzysztof
 
» Poinformuj administratora o tym komentarzu
» Odpowiedz na komentarz...

Wystawiony przez Jan, z 04-01-2010 14:15, , Zarejestrowany
2. Rometem do Norwegii
Sorry ! Zdjęcia : http://foto.onet.pl/ 7fkoy,06wc8g8g0ooc
 
» Poinformuj administratora o tym komentarzu
» Odpowiedz na komentarz...

Dodaj swój komentarz



mXcomment 1.0.7.::.Polish Version - JoomlaPL.com Team © 2007-2010 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Sonda
W jakim jesteś wieku?
 
Erfurt live leer
Erfurt live leer
Erfurt live unten Erfurt live leer Erfurt live unten
Narowerze.Info 2006-2007. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kontakt Media o Nas Linki Najlepsze strony w Internecie

Design by: Webdesign Erfurt