leer
Erfurt live Header1
Erfurt live Header8
Home arrow Wyprawy rowerzystów arrow Kraje sąsiadujące z Polską arrow Znad Czaplina do Tallina
Erfurt live Header10 Erfurt live leer0

Znad Czaplina do Tallina PDF Drukuj Email
Zmieniony ( 25.01.2009. )
 
Napisany przez Anna, z 25-01-2009 17:36
Średnia ocena użytkownika    (6 głosy)
Odsłony 2287    
Ulubione Brak
Spis treści
Znad Czaplina do Tallina
Strona 2

Znad Czaplina rowerem do Tallina


Relacja z wyprawy rowerowej - Litwa, Łotwa i Estonia


12 maja – 31 maja 2008r

Anna Szepietowska (azza )

Mieszkamy w małym miasteczku na Pojezierzu Drawskim, położonym między jeziorami, z których jedno to Czaplino - stąd hasło wyprawy „Znad Czaplina do Tallina”. Po kilku miesiącach przygotowań wyposażeni w rowery, sakwy, kaski, kamizelki, namiot, śpiwory, materace i wiele innych niezbędnych przedmiotów wyruszyliśmy w podróż na Wschód. Było nas troje: stypendyści ZUS-u Anna i Zygmunt oraz córka naszych znajomych, młoda studentka Joanna. Zamierzaliśmy wiele zwiedzić, dojechać do Tallina, nocować w najgorszym wypadku pod namiotem, część podróży odbyć pociągami i wydać w miarę rozsądną kwotę pieniędzy.

 

Dzień 1 poniedziałek 12 maja 2008r

Czaplinek – Runowo Pomorskie - Olsztyn – Suwałki

Skoro świt, to jest 5:33 żegnani na dworcu przez mamę Asi, wyjechaliśmy pociągiem z Czaplinka do Suwałk. Po drodze mieliśmy dwie przesiadki. Dopiero po dwudziestej pierwszej dotarliśmy w Suwałkach na wcześniej zarezerwowany nocleg w internacie Medycznego Studium Zawodowego. Bardzo przyzwoity nocleg za 20 zł od osoby.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rowery gotowe do jazdy nie tylko pociągiem.


 Dzień 2 wtorek 13 maja 2008r

Suwałki – Alytus 102km

Zerwaliśmy się wcześnie i już o 7:15 wyruszyliśmy w trasę. Było chłodno i wiał silny wiatr oczywiście w twarz. Droga ciągle lekko pod górę. W Sejnach jeszcze zakupy spożywcze i zaliczyliśmy pierwszą przygodę. Asi rower na postoju się wywrócił – złamana stopka i pękło mocowanie sakwy na kierownicę. No cóż dalsza podróż była bez stopki, a sakwę Zygmunt przymocował drutem i było ok! Z Sejn dzięki wskazówkom tubylców, do Ogrodnik pojechaliśmy boczną, bez samochodów, super drogą przez las. Tuż przed granicą wymieniliśmy złotówki na lity (przelicznik 100 LTL za 102 PLN), jeszcze posiłek w restauracji i już byliśmy na Litwie. Szosą, ciągle pod wiatr i nieco pod górę, dotarliśmy wreszcie do miasta Alythus (Olita). Zagadnięty przechodzień rozumiał i mówił po polsku, i pomógł nam dotrzeć do hotelu. Właściciele hotelu „Solena” to Polacy, więc bez żadnych kłopotów negocjowaliśmy cenę za nocleg. Stanęło na 100 LTL łącznie za 3 osoby. Asia i ja, jako odpowiedzialne za zaopatrzenie wybrałyśmy się na zakupy. Oczywiście interesował nas duży sklep samoobsługowy. Szybko taki w pobliżu znalazłyśmy, a w nim sporo artykułów żywnościowych „naszych” z Polski (sery, soki, konserwy mięsne).Ceny porównywalne do tych u nas. Przy kasie okazało się, że za każdą najmniejszą i najcieńszą foliową reklamówkę trzeba zapłacić, a za butelki, także plastikowe pobierana jest kaucja - pewnie częściowo dzięki takiemu rozwiązaniu jest bardzo czysto, także w przydrożnych rowach. Zapasy uzupełnione, można było myśleć o kolacji. Pierwszy etap mieliśmy za sobą - na licznikach 102 km. Asia i ja degustowałyśmy miejscowe piwo na dobry sen i żeby nie było zakwasów. Zygmunt piwa nie lubi, ze snem nie ma kłopotów i zakwasów się nie boi, więc wypił kolejną herbatę. Następnego dnia planowaliśmy dotrzeć do Lentvaros, gdzie na zasadzie ”jedna pani drugiej pani” mieliśmy zarezerwowany nocleg u Polaków, w prywatnym domu.

 

Wreszcie zbliżamy się do celu pierwszego etapu


Dzień 3 środa 14 maja 2008r

Alytus – Lentvaros 94km

Wyjechaliśmy z Alythus po ósmej, robiąc sobie jeszcze po drodze zdjęcia na moście nad Niemnem. Już po południu dotarliśmy do słynnych i pięknych Trok. Nasze proporczyki z flagą narodową spowodowały, że byliśmy rozpoznawani przez Polaków, których pod zamkiem na wodzie, przewijało się mnóstwo i jako swoi, staliśmy się atrakcją polskich wycieczek. Pozowaliśmy do zdjęć i udzielaliśmy „wywiadów”. Parkowy grajek na nasz widok zaczął grać ...”jeszcze Polska nie zginęła”... Czuliśmy się bohaterami dnia. W restauracji zjedliśmy potrawę karaimską (jakieś pierożki) i ruszyliśmy dalej w drogę. Nocowaliśmy w Lentvaros (Lendwarów”) u starszych, obcych nam ludzi, którzy mówili że często przyjmują pod swój dach rodaków. Na licznikach 94 km.

 

Troki - w pobliżu zamku na wodzie


Dzień 4 czwartek 15 maja 2008r

Lentvaros – Wilno

Wstaliśmy o siódmej i bez rowerów pojechaliśmy pociągiem z Lentvaros do Wilna (bilet 2.40 LTL od osoby). Dowiedzieliśmy się, że pociąg do Siauliai (Szawle), gdzie planowaliśmy udać się pojutrze, jeździ tylko w piątki i niedziele. W takiej sytuacji zapadła decyzja – w dalszą drogę wyjedziemy już jutro. Na zwiedzanie Wilna mieliśmy więc tylko jeden dzień, dobrze, że słoneczny i ciepły. Zagęszczaliśmy ruchy i sprawnie zaliczyliśmy obiekty zaznaczone w przewodniku jako „konieczne do zobaczenia”, a więc : Ostra Brama, cerkiew Św. Ducha, kościół Św. Teresy, kościół Św. Kazimierza, ratusz, Brama Bazyliańska, bazylika Archikatedralna, kościół Św.Piotra i Pawła, Góra Trzech Krzyży, wieża Giedymina i cmentarz na Rossie. Na pięknej starówce szukaliśmy restauracji gdzie podają regionalne potrawy. Wreszcie się udało i po 18 LTL za porcję, zjedliśmy smaczne słynne litewskie cepeliny. Koło dziewiętnastej, pociągiem, umordowani wróciliśmy na kwaterę. Mniej zmęczeni czujemy się po stukilometrowym rowerowym etapie, no ale piękne Wilno warte jest każdego wysiłku.


 

Wilno - Wieża Giedymina


Dzień 5 piątek 16 maja 2008r

Lentvaros – Siauliai

Na pożegnanie nasi gospodarze nakarmili nas plackami ziemniaczanymi- pychotka! Jeszcze rowerowy spacer po okolicy do remontowanego dworu rodziny Tyszkiewiczów i udaliśmy się na dworzec kolejowy. Kupiliśmy bilety do Siauliai (Szawle). Pani kasjerka długo ustalała ile mieliśmy zapłacić za przewóz rowerów. Wreszcie skasowała po 24,20+8 litów od osoby (na Litwie cena biletu za rower zależy od ilości kilometrów).Doszliśmy do wniosku, że pewnie mało kiedy są tu tacy podróżni jak my. Dopiero koło godziny osiemnastej byliśmy w Siauliai, gdyż pociąg jechał przez Kowno! Szukaliśmy polecanego przez przewodnik turystyczny schroniska młodzieżowego. Schronisko było ale miejsc brak – jakieś sportowe święto i mieli komplet. Pani w recepcji starała się nam pomóc telefonując tu i ówdzie, niestety nie było miejsc. Ostatnio noce były bardzo zimne z przymrozkami, więc nie bardzo chcieliśmy ratować się noclegiem w namiocie. Wreszcie wylądowaliśmy w hotelu „Saulininkas”, gdzie po negocjacjach angielsko + rosyjskojęzycznych dostaliśmy do dyspozycji za 130 LTL elegancki pokój z łazienką – uf....

Dzień 6 sobota 17 maja 2008r

Siauliai – Bauska 105km

Mieliśmy opanowane sprawne pakowanie bagaży, więc już o ósmej wyruszyliśmy w kierunku granicy z Łotwą. Było słonecznie, gorąco (pranie na kierownicy i bagażniku szybko nam schło) i mieliśmy wiatr w plecy!! Jechaliśmy około 12km super ścieżką rowerową równoległą do szosy – po prostu luksus. Szybko więc dotarliśmy na Górę Krzyży - miejsce niezwykłe. Pierwsze krzyże wotywne pojawiły się tu po stłumieniu powstania 1831r., kiedy władze zabroniły stawiania krzyży na grobach poległych powstańców. Przybywało ich sukcesywnie po powstaniu styczniowym, później w hołdzie ofiarom reżimu stalinowskiego. Dziś są ich setki tysięcy. Góra Krzyży jest celem licznych pielgrzymek. W 1993r Jan Paweł II odprawił tu mszę św. Zdążyliśmy przed inwazją autokarowych wycieczek, a więc w ciszy i atmosferze zadumy udało się nam pospacerować tymi niezwykłymi alejkami wśród krzyży. Wkrótce już mknęliśmy szosą w terenie płaskim jak stół. Było upalnie, a rzepak i bzy pachniały tak upojnie... Na granicy z Łotwą w lesie, jakiś barak i jedna mała budka – kantor. Zaopatrzyliśmy się w miejscową walutę czyli łaty (przelicznik za 100 € - 67 LVT). Droga zrobiła się dziurawa, ale ruch samochodowy niewielki. W Eleja skręciliśmy w kierunku Bauska. Teraz mieliśmy pod wiatr. Zmienialiśmy się na prowadzeniu. W pewnym momencie mojej tzw. „jazdy na kole” roweru Zygmunta o mało nie doszło do wypadku. Sami nie wiemy jakim sposobem sczepiły się nasze sakwy i nagle jechałam oparta o jego rower. Wykonując slalom na całej szerokości jezdni, bez upadku jakoś rozdzieliliśmy nasze rowery. Strach pomyśleć co by się stało gdyby w tym czasie pojawił się samochód. Dłuższą chwilę odpoczywaliśmy na poboczu szosy by opadły emocje i postanowiliśmy jechać ostrożniej, w bezpiecznej odległości od siebie. Wreszcie dotarliśmy do Pilsrundäle wspaniałego odbudowywanego pałacu - chluby narodowej Łotyszów. Wstęp 2,5 LVL - zwiedziliśmy i pytaliśmy o noclegi. Na miejscu nie było już miejsc, ale pani z recepcji telefonicznie szukała w pobliżu. Udaliśmy się więc do Bauska, gdzie na przedmieściu znaleźliśmy polecany nam wcześniej hotel. Nocleg w luksusowych warunkach za 15 LVL od osoby. Na licznikach 105 km więc zasłużyliśmy na wygodny wypoczynek.

 

Dzień 7 niedziela 18 maja 2008r

Bauska – Ryga 100km

Rano obudził nas deszcz. Nie chcieliśmy czekać. Mieliśmy peleryny i była okazja przetestować nasze własnoręcznie uszyte, nieprzemakalne ochraniacze na buty. Jazda mało komfortowa, bo jeszcze wiatr wiał w twarz. Niebawem deszcz ustał a my dojechaliśmy na przedmieścia Rygi. Posiadaliśmy adres jakiegoś hostelu, który niestety okazał się nieaktualny. Zasięgnęliśmy języka na stacji benzynowej. Jadąc wzdłuż linii trolejbusowej (świetny wyznacznik) dotarliśmy do „Viestnicy”. Były miejsca - 30 LVL za trzy osoby, co jak na stolicę nie jest ceną zbyt wygórowaną. Zostawiliśmy bagaże na kwaterze i pojechaliśmy rowerami na dworzec kolejowy i stare miasto. Zdobyliśmy informacje jak kursują pociągi do Valgi, gdzi chcemy dotrzeć następnego dnia. Zwiedziliśmy przepiękną starówkę i o dwudziestej wróciliśmy na nocleg. Dogadaliśmy się z dozorcą płatnego parkingu i ten uczynny człowiek za darmo zamknął na noc nasze pojazdy w piwnicy – mogliśmy spać spokojnie. Przybyło nam kolejne 100 km.

Dojechaliśmy do stolicy Łotwy


Dzień 8 poniedziałek 19 maja 2008r

Ryga – Valga

Bez pośpiechu, po dziesiątej, udaliśmy się na dworzec kolejowy. Kupiliśmy bilety do miasta granicznego Valga (2.29 + 0,69 LVL od osoby). Do odjazdu pociągu było sporo czasu, więc ponowny wypad na starówkę, wymiana gotówki w kantorze (przelicznik 50€ = 778.50 EEK), zjedliśmy obiad i windą! wyjechaliśmy na odpowiedni peron. Nasze obładowane rowery budziły zainteresowanie – pytali czy nasze „eurobike” wyprodukowano w Polsce? Późnym popołudniem wysiedliśmy w Valdze i byliśmy już w Estonii. Miasto jest podzielone. Po stronie łotewskiej to Valka, a Valga to już Estonia. Zgodnie z przewodnikiem, przy dworcu znaleźliśmy hotel, ale było w nim brudno, obskurnie, a niemiła pani (delikatnie mówiąc) za nocleg żądała po 250 estońskich koron od osoby. Postanowiliśmy poszukać innej możliwości. Po chwili chyba z nieba spadł nam gość mówiący po angielsku i rosyjsku proponując nocleg. Okazało się, że to miejscowy pastor zaprosił nas do remontowanej szkoły, gdzie dysponował gościnnymi pokojami z kuchnią i łazienką, a więc sympatyczny nocleg i zapłaciliśmy po 100 EEK od osoby – to się nazywa mieć szczęście! Oczywiście po zakwaterowaniu poszliśmy jeszcze na spacer by zobaczyć to podzielone miasto. Zdecydowanie ładniejsze,po prostu bardziej zadbane, jest po stronie estońskiej.

 

Valga - oznakowanie tras rowerowych


Dzień 9 wtorek 20 maja 2008r

Valga – Viljandi – Tallin 95km

Kwaterę u pastora opuściliśmy po ósmej i drogą A6, z której później odbiliśmy w boczną asfaltową, prawie bez samochodów, zmierzaliśmy w kierunku Viljandi. Znowu było pod wiatr, ale jazda przyjemna, bo w lesie. Niestety asfalt nagle się skończył i dobre 5km brnęliśmy szutrówką po wertepach. Zasadniczo wydaje się, że wszystkie boczne drogi w tym kraju są szutrowe. Nic to – już koło czternastej pokonując potężną górę wjechaliśmy do miasteczka Viljandi pięknie położonego na wzniesieniu. Na dworcu kolejowym podjęliśmy decyzję, że jeszcze tego samego dnia po siedemnastej pojedziemy do Tallina. Następny pociąg do stolicy był dopiero rano, więc nic tu po nas. Zaopatrzyliśmy się w żywność w sklepie sieci „Maxima” znanej nam już z Litwy. Mieliśmy też czas na pyszny obiad w dworcowej restauracji i chociaż jest to końcowa stacja i dworzec malutki wszędzie czyściutko, także w eleganckiej łazience. Pociąg był wcześniej podstawiony więc spokojnie załadowaliśmy swój dobytek. Przejazd kosztował nas 102 EEK (85+17) od osoby. Podróżnych było nie wielu, nasze rowery elegancko umocowane wisiały sobie , a za oknem widok mieliśmy głównie na las. Do Tallina dojechaliśmy po dwudziestej. Nie mieliśmy planu miasta i nie było go gdzie kupić, bo punkty sprzedaży już nieczynne (dworce kolejowe w tej części Europy są na noc zamykane). Mieliśmy wynotowane z przewodników dwa adresy hosteli. Był wieczór, dobrze że jasno, bo to przecież słynne białe noce ! Od taksówkarza dowiedzieliśmy się, że „nasze” hostele są w dwu różnych dzielnicach i do jednego jest 15 km do drugiego 6 km. Oczywiście proponował podwiezienie. Podziękowaliśmy i samodzielnie ruszyliśmy w miasto – co to dla nas 6 km! Od nielicznych o tej porze przechodniów uzyskaliśmy informację jak dotrzeć na ulicę przy, której ma być interesujący nas obiekt. Nie bez trudu znaleźliśmy w jednym z bloków mieszkalnych hostel „Merevaik” z czynną przez całą dobę recepcją i były wolne miejsca – hura!!!! Wystrój wnętrz hostelu pewnie pamięta czasy Breżniewa, ale najważniejsze, że mamy gdzie się umyć i spać. Pani z recepcji doskonale rozumiała po polsku, mówiła że kiedyś pracowała z Polakami i bardzo miło wspominała te czasy. Za dwie noce, z Asi studencką zniżką, za trzy osoby zapłaciliśmy 918 EEK i szczęśliwi, późną nocą położyliśmy się spać. Na rowerowych licznikach przybyło nam 95 km.


Dzień 10 środa 21 maja 2008r

Tallin

Humory nam dopisywały – dotarliśmy przecież do Tallina! Pogoda była piękna, słoneczna, chociaż wiatr zimny. Cały dzień poświęciliśmy na zwiedzanie miasta bez rowerów. Do centrum dojechaliśmy trolejbusem. Interesowała nas głównie starówka. Z przewodnikiem w ręce dotarliśmy do większości obiektów wartych obejrzenia. Stare miasto jest piękne, a panorama z tarasu widokowego... warto przejechać tyle kilometrów żeby to wszystko zobaczyć. Jako ciekawostkę odnotowaliśmy niewielki, strzeżony, płatny parking wyłącznie dla rowerów! Dotarliśmy także do carskiego pałacu Kardiog znajdującego się w dzielnicy dość odległej od starówki. Nie było jeszcze pełni sezonu turystycznego, więc spokojnie, bez tłumu turystów spacerowaliśmy po uroczych uliczkach starego miasta. Już na kwaterze, podziwialiśmy zjawisko białych nocy – nawet o drugiej w nocy było na tyle jasno, że nie zapalały się uliczne latarnie.

 

Tallin- taras widokowy na starówce


Dzień 11 czwartek 22 maja 2008r

Tallin – Haapsalu 118km

Już o ósmej opuściliśmy hostel i po 10 km wyjechaliśmy z estońskiej stolicy w kierunku Keila i dalej do Haapsalu. To już niestety była droga powrotna. Jechaliśmy szosą w lesie przez okolice prawie bezludne. Widzieliśmy w naturalnym środowisku samicę łosia, która jednak na nasz widok uciekła i nie zdążyliśmy zrobić zdjęcia. Ruch samochodowy prawie zerowy. Słońce prażyło, wiatr mieliśmy w plecy, więc tempo jazdy ponad 20 km/godz. W Haapsalu byliśmy już o piętnastej, ale informacja turystyczna nieczynna. Miejscowi podpowiadali gdzie znaleźć nocleg. Jest tu dużo prywatnych kwater – dojechaliśmy przecież nad morze. Wybraliśmy „Endla Hostel”, wynajęliśmy pokój za 190 EEK od osoby, mieliśmy także do dyspozycji świetnie wyposażoną kuchnię, ogólnie było bardzo czysto i estetycznie. Ugotowaliśmy sobie obiad (makaron z sosem i podsmażoną kiełbasą), a potem rowerami wypad na zwiedzanie okolicy. Udaliśmy się na dworzec kolejowy, żeby zobaczyć najdłuższy w Estonii (a może w Europie?) zadaszony peron – 216 m. Konstrukcja dachu jest drewniana, doskonale utrzymana choć pociągi tu już nie kursują. W budynku dworca jest muzeum kolejnictwa. To tu filmowa Anna Karenina rzucała się pod pociąg. Przejechaliśmy nadmorską promenadą, którą kiedyś spacerował car spędzając tu wraz z rodziną wakacje. Niewiele zostało z dawnej świetności tego miejsca. Zwiedziliśmy ruiny potężnego kiedyś zamku biskupiego, małą starówkę, zrobiliśmy niezbędne zakupy i wróciliśmy na nocleg. Odnotowaliśmy długość kolejnego etapu – 118 km.

 

Tutaj filmowa Anna Karenina rzucała się pod pociąg

Poleć znajomemu ten artykuł...



Opublikowane w : Wyprawy, wycieczki, Kraje sąsiadujące z Polską
Cytuj ten artykuł na swojej stronie Ulubione Drukuj Podobne artykuły

Komentarze użytkowników (9) RSS feed komentarz
Wystawiony przez Tomasz, z 26-01-2009 02:55, , Zarejestrowany
1. gratuluje
:zzz piekna wyprawa, pozazdroscić
 
» Poinformuj administratora o tym komentarzu
» Odpowiedz na komentarz...

Wystawiony przez Jolanta, z 26-01-2009 13:36, , Zarejestrowany
2. Brawo
Brawo!! :grin Nigdy jeszcze nie byłam na"wschodzie", nawet innym środkiem niż rower- podziwiam :)
 
» Poinformuj administratora o tym komentarzu
» Odpowiedz na komentarz...

Wystawiony przez Maciek, z 28-01-2009 15:12, , Zarejestrowany
3. rewelacja!
rewelacja! juz czas jakis mysle o wschodniej stronei europy. nie pozostaje wiec nic innego jak tylko glebiej sie nad tym zadumac:-) 
powodzenia na nastepnych wyprawach!
 
» Poinformuj administratora o tym komentarzu
» Odpowiedz na komentarz...

Wystawiony przez Mariusz, z 05-02-2009 15:57, , Zarejestrowany
4. Ekstra
Gratuluję pomysłu i jego realizacji.Piękna sprawa.
 
» Poinformuj administratora o tym komentarzu
» Odpowiedz na komentarz...

Wystawiony przez Krzysztof, z 27-02-2009 10:40, , Zarejestrowany
5. Gratulacje
:) Brawo , fantastyczna podroz !
 
» Poinformuj administratora o tym komentarzu
» Odpowiedz na komentarz...

Wystawiony przez Maria, z 18-04-2009 07:34, , Zarejestrowany
6. Po...zazdrościć i po...jechać i.........
:) Te rejony są też w moich planach (bliższych.. dalszych... :? ale są ). Pozdrawiam. Dzięki za relację. ;)
 
» Poinformuj administratora o tym komentarzu
» Odpowiedz na komentarz...

Wystawiony przez Jurand, z 18-04-2009 20:01, , Zarejestrowany
7. Jurand
:) wspaniała wyprawa, jestem może niedyskretny, ale ile ogółem kosztowała wyprawa. Pytam, ponieważ usiłuję swoją ślubną namówić w końcu na stałą jazdę, a nie tylko raz, max 2 tygodniowo.
 
» Poinformuj administratora o tym komentarzu
» Odpowiedz na komentarz...

Wystawiony przez Robert, z 18-04-2009 21:23, , Zarejestrowany
8. Po łepkach.
Zastanawiam się dlaczego tak po łepkach zwiedziliście te kraje. Ja kilka lat temu spędziłem na Litwie ponad 2 tygodnie i to było za mało aby poznać ten kraj i to tylko miejsca z przewodnika.
 
» Poinformuj administratora o tym komentarzu
» Odpowiedz na komentarz...

Wystawiony przez Krzysztof, z 16-06-2009 18:15, , Zarejestrowany
9. Fajna wyprawa
Podoba mi się Wasza wyprawa - jednak ja (po mysli Czajny), chciałbym zobaczyć więcej Polski na Litwie. Cóż nie każdy musi się doktoryzować z turystyki. 
Pozdrawiam
 
» Poinformuj administratora o tym komentarzu
» Odpowiedz na komentarz...

Dodaj swój komentarz



mXcomment 1.0.7.::.Polish Version - JoomlaPL.com Team © 2007-2010 - visualclinic.fr
License Creative Commons - Some rights reserved
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Sonda
W jakim jesteś wieku?
 
Erfurt live leer
Erfurt live leer
Erfurt live unten Erfurt live leer Erfurt live unten
Narowerze.Info 2006-2007. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kontakt Media o Nas Linki Najlepsze strony w Internecie

Design by: Webdesign Erfurt